<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536</id><updated>2011-07-07T19:09:35.696-05:00</updated><category term='Jacek Dukaj'/><category term='Lozinski'/><category term='Ostrov'/><category term='Dom świętego Kazimierza'/><category term='Walesa'/><category term='Benedykt XVI'/><category term='Wildstein'/><category term='alfonsy z dziennika'/><category term='Dolina nicości'/><category term='Reisefieber'/><category term='Mikołaj Łozinski'/><category term='Wielomski'/><category term='bo się uduszę'/><category term='Dieter Bohlen'/><category term='Wygnanie'/><category term='Norwid'/><category term='masters of science fiction'/><category term='takietam'/><category term='Paryż'/><category term='Przemienienie'/><category term='Ziemkiewicz'/><category term='Anderman'/><category term='Spe salvi'/><category term='Marcin Mortka'/><category term='TW „Bolek”'/><category term='Mortka'/><category term='Mikolaj Lozinski'/><category term='Voyna'/><category term='łukasz Orbitowski'/><category term='Volkoff'/><category term='Wałęsa'/><category term='To wszystko'/><category term='Kamieńska'/><category term='Miecz i kwiaty 1'/><category term='Miecz i kwiaty'/><category term='O potworach i ludziach'/><category term='Zywina'/><category term='Czechowicz'/><category term='War'/><category term='Lungin'/><category term='Wojna'/><category term='Mamonov'/><category term='Kossakowska'/><category term='Noblista'/><category term='Wolski'/><category term='zabawy z bronią'/><category term='Balabanov'/><category term='ks. Twardowski'/><category term='Oskoła'/><category term='Zimne wybrzeża'/><category term='Seans'/><category term='nadchodzi'/><category term='Twardoch'/><category term='Sprawa Lecha Wałęsy'/><category term='Kontrrewolucja'/><category term='Lektury'/><category term='Wyspa'/><category term='Szczepan Twardoch'/><category term='Podróż'/><category term='Bałabanow'/><category term='Bolek'/><category term='Megas'/><category term='funky dieter'/><category term='Balabanow'/><category term='Lód'/><category term='Radio Cover'/><category term='4 czerwca 1989'/><category term='TW Bolek'/><category term='Łungin'/><category term='Ćwiek'/><category term='Cenckiewicz'/><category term='Mamonow'/><title type='text'>Funky Dieter</title><subtitle type='html'></subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>36</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-1564319992534024554</id><published>2010-08-10T07:16:00.004-05:00</published><updated>2010-08-10T07:42:57.163-05:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='bo się uduszę'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='takietam'/><title type='text'>Ciocia spróbuje!</title><content type='html'>&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;czyly&lt;br /&gt;krótki przewodnik po współczesnych zwyczajach ślubnych i weselnych&lt;br /&gt;przez dyletanta w tej dziedzinie spisany&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nieczęsto bywam ostatnio na weselach, bo wszystkie rodzinne panny i kwalery się już powydawały, a znajomych na wydaniu kawalerów i panien raczej nie mam.&lt;br /&gt;Trafiło się mnie jednak ostatnio współczesne wesele i współczesny ślub. Bardzo pouczające. Formułuję kilka uwag, przestróg, śmichów-chichów... Chyba ku pamięci bardziej niż ku przestrodze czy pokrzepieniu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1) Zaproszenie&lt;br /&gt;Już drugi raz dostaję zaproszenie, w którym stoi jak wół, że państwo młodzi nie życzą sobie kwiatów. To dosyć nowy obyczaj. Ubieram się na ślub, a panojciec mnie pyta: gdzie kwiaty. W rodzinie mam opinię osoby, która wiele zapomina, więc panojciec już się cieszył, że kolejna wtopa, że oto narodziny kolejnej familijnej awantury. A ja panuojcu na to, że młodzi nie chcę kwiatów, że chcą wino. Długo nie mógł uwierzyć. Powtarzałem mu to w różnych konfiguracjach. Spuentował: k...a, niedługo każą schabowy przynieść; co się porobiło!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;2) Strój ślubny i strój weselny&lt;br /&gt;To jest zwykle jedno i to samo. Tylko że dawniej ważniejszy był strój ślubny. Znaczy: do kościoła się szło w odpowiednim stroju, w stroju tym zostawało się na wesele. Jak (zwykle pani) ktoś chce się poczuć na weselu bardziej szałowo i swobodnie - zabiera coś na zmianę i się przebiera. Dzisiaj jest na abarot. Ważniejsze jest wesele i nie ma powodu, żeby strojem manifestować co innego. Łel, tą razą w drzwiach kościoła powitała mnie panna ubrana w kąpielówki i lateksową bluzeczkę na ramionczka. Przesiedziała za mną grzecznie całą Liturgię i dziękowałem, że nie siedziała przede mną. Dziękowałem, bo obok mnie siedziała żona.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;3) Weselne jedzenie&lt;br /&gt;Szczytem lansu jest dzisiaj dać gościom do picia samogon. Im gorszy, tym lepiej. U nas 20-litrowa butla pękła prze północą. A bawiło się ok. 120 osób, w tym jakieś 20 proc. nieletnich, mocno nieletnich.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;4) Czas weselny&lt;br /&gt;Czas weselny mierzony jest warstwami przyodziewku na męskiej publiczności. Jest więc czas "w marynarkach", później "w kamizelkach", następnie "w krawatach", pora "w samych koszulach" i pora topless. Ostatni etap imprezy zaliczyłem na weselu tylko raz. To było gdzieś koło 4 nad ranem. Ale ja nie o tym. Otóż dobra impreza to jest taka, w której poszczególne części garderoby zdejmowane są na raz przez większą część męskiej publiczności. Jak część jest w kamizelkach, część jeszcze w marynarkach, a kilku już bez koszul, to to jest zła impreza, rozdygotana wewnętrznie, niewspólnotowa. Tak to widzę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;5) Muzyka weselna&lt;br /&gt;Coraz gorsza. Siedzę ja przy stole i słucham, i uszom nie wierzę. To byłą dopiero jakaś 21. Na sali mnóstwo dzieci, a orkiestra ryczy (i wielu gości też ryczy):&lt;br /&gt;[drobny cytat]&lt;br /&gt;Gdy na weekend wyjechałem&lt;br /&gt;żona poszła kąpać się&lt;br /&gt;franca pływać nie umiała&lt;br /&gt;k...a, utopiła się.&lt;br /&gt;psia jego mać, psia jego mać&lt;br /&gt;Śmiałem się z tego prymitywu, ale uśmiech zamarł mi na ustach, gdy spojrzałem na parkiet. Kręcił się tam korowód, wąż, wszyscy wesoło podskakiwali, machali rękami, śmiali się w głos, a w środku tego korowodu podskakiwały, machały rękami, śmiały się w głos wszystkie dziatki z mej rodziny. Dziewczynki i chłopcy w wieku od 7 do 12 lat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;6) Rodzice państwa młodych&lt;br /&gt;Śpiewają gościom piosenki. Przy akompaniamencie uśmiechniętych grajków, do mikrofonu, z riplejem na życzenie płaczącej ze wzruszenia publiki. Gorzej niż Anka Szmeterling.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ol ciugewa nał!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/IkX6VhTo8Ac&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1?rel=0&amp;amp;color1=0xcc2550&amp;amp;color2=0xe87a9f"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/IkX6VhTo8Ac&amp;amp;hl=pl_PL&amp;amp;fs=1?rel=0&amp;amp;color1=0xcc2550&amp;amp;color2=0xe87a9f" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-1564319992534024554?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/1564319992534024554/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=1564319992534024554' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/1564319992534024554'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/1564319992534024554'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2010/08/ciocia-sprobuje.html' title='Ciocia spróbuje!'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-3157431931320181696</id><published>2010-05-29T07:10:00.000-05:00</published><updated>2010-05-29T07:11:42.497-05:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='łukasz Orbitowski'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Lektury'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='nadchodzi'/><title type='text'>[Lektury] Orbitowski, Nadchodzi</title><content type='html'>Rozmowa ze znajomym i wymiana zdawkowych informacji o tym, co się dzieje „na mieście”. Kwestia wieczoru poety T.D. „Nie idę” – mówi znajomy. – „To nie mój język; nie rozumiem, o czym on pisze”. Słuszna słuszność – nie czytać tego, czego się nie rozumie. Na nic nam snobizm, który jest tylko czasozapychaczem, który nie każe nam wzrastać duchowo, emocjonalnie, intelektualnie. Na nic nam te wieczory poetyckie ludzi bełkoczących nieznanym idiolektem, podobnie jak na nic nam szymonmajewskiszoł czy tanieczgwiazdami. A tak niestety jest dziś na skalę niemal masową w literaturze pięknej. Sytuacja nie jest jednak bezwyjściowa. Dzisiaj ratunek dla znajdującej się w stanie zapaści kultury literackiej polskiej jest nie w poezji i nie w mejnstrimowej prozie, rzeczach praktycznie bez znaczenia i (z nielicznymi wyjątkami) bez wagi. Prawdziwie ważne rzeczy dzieją się w segmencie literatury uznawanej za masową, mniej (po)ważną, rozrywkową tylko i nieaspirującą do miana sztuki, pozostającą na poziomie rzemiosła.&lt;br /&gt;Ostatnio takim wydarzeniem jest „Nadchodzi” Łukasza Orbitowskiego. To zbiór kilku opowiadań mieszczących się w przegródce z etykietą „horror”, ale przesiąkniętych żywiołem małego realizmu. Jeśli element horroru ma być wiarygodny, musi zostać podany w „realnym” opakowaniu. I Orbitowski pierwiastkiem potoczności-codzienności fantastycznie zarządza. Zresztą, jak czytam Orbitowskiego, to zawsze bardziej mnie wciągają te jego opowieści dresiarskie, opowieści o starych ludziach, o giełdach z początku lat ’90, a przy opisach zjaw i potworów nudzę się okrutnie. Ale w „Nadchodzi” stało się coś nowego i ciekawego. W polski horror literacki zstąpiła polska historia. Zstąpiła, złożyła nasienie, Orbitowski dzielnie donosił i narodziło się fajne, zgrabne dzieło, które dostarcza nie tylko inteligentnej rozrywki, ale i materiału na sensowne przemyślenia. Orbitowskiego logos spermatikos to jednak nie byle jaka historia, ale historia XX wieku. To nie oznacza, że poprzestaje autor na przetworzeniu dziejów (choćby żołnierzy wyklętych) zgodnie z nomen omen duchem horroru.&lt;br /&gt;Tytułowy bohater opowiadania „Popiel Armeńczyk” jest dowódcą małego oddziału partyzanckiego, który po wrześniowej klęsce w ’39 roku zaszywa się w odwiecznym polskim borze i tam oddaje się przedziwnemu rytuałowi, niewiele mającemu wspólnego z podręcznikową walką o niezawisłą Mać naszą Ojczyznę umęczoną. Nie jest to tylko anegdotka, ale fajna wizja dziejów Polski. Orbitowski pokazuje coś, co umyka tym, którzy poprzestają na szkolnej lekcji historii. Nasze dzieje są okrutne. Ale nie dlatego, że okrutni najeźdźcy ze wschodu i zachodu przetaczają się przez ciało naszej Maci, gwałcąc je i szarpiąc każdy w swoją stronę. Od samego początku jesteśmy unurzani we krwi. Sięga Orbitowski do dawnych dziejów, a tam Popiel, co wymordował swą rodzinę, a tam kolejni Piastowicze, którzy (choćby) krew bratnią (w rodzinnym, najoczywistszym znaczeniu) mają na rękach. Byliśmy mordercami. Stąd nasz ród. Taka jest geneza Polski.&lt;br /&gt;I „Nadchodzi”. Stary ubek, prywatnie starszy pisarz, co nikomu w zasadzie nie zawadza, ojciec fundujący synkowi lody i troskliwy mąż, co żonę na dansingi zabiera. Jedna dręczy go przypadłość – nigdzie za długo miejsca nie zagrzeje. Goni go pewna historia z przeszłości, aż go dopada. Ale historia ta idzie w kolejne pokolenie jak klątwa, jak przekleństwo kuźwa jakieś straszne, co żyć nie daje, choćby się żyć bardzo chciało. Zastanawialiście się kiedyś, co ta cała ubecka brać robi dzisiaj? Bo ja tak ich sobie właśnie wyobrażam. Sędziwi mężczyźni ze swoimi nieszkodliwymi codziennymi regulaminami typu czyszczenie pamiątkowej spluwy, z ulubioną pizzeria, z codziennym spacerem. Co się dzieje w ich duszach? Orbitowski zajrzał, zrobił sobie eksperyment poznawczy i wyszło mu przekonująco. Czytając jego opowiadanie miałem nawet coś jakby współczucie dla tego bohatera, aż się przeląkłem i zapytałem sam siebie, czy Orbitowski fair pogrywa, czy mnie nie wkręca. Ale sobie sami spróbujcie odpowiedzieć na to, jak macie czas na czytanie, chęć na myślenie i coś koło 30 dych na książkę. Ogólnie – imho warto.&lt;br /&gt;Na koniec jeszcze ogólnie posmęcę.&lt;br /&gt;Opowiadał pewien lewak z branży wydawniczej, że pytał go biedny Andrzej Wajda, co się teraz wydaje, co warto czytać, bo namiętnie szuka nasz autorytet tematu, ujęcia, sceny jakiejś, co by film nowy poniosła, co by zainspirowała. Wierzę lewakowi, bo Wajda wielokrotnie deklarował w przeróżnych swoich publicznych wystąpieniach, że sukces polskiej szkoły filmowej (a więc i osobisty Wajdy sukces) nie byłby możliwy bez wybitnych dzieł literackich. Zresztą, to prawda potwierdzona również biografiami innych reżyserów, pewnie nawet świetniejszych niż Andrzej W. Bo to i Has, i Kawalerowicz, i Stacho Różewicz, dla którego pisał brat Tadeusz wespół w zespół z nieodżałowanym Kornelem Filipowiczem… Co ciekawe, ta niesamowicie odkrywcza teza, że kino potrzebuje pisarzy zakorzeniła się już w kinowym milieu.&lt;br /&gt;Ostatnio odbywał się w Polsce jakiś festiwal filmowy czy coś takiego. Słuchałem wywiadełe z jednym z organizatorów imprezy, a ten zachwalał swoje poletko słowami o spotkaniu w tym miejscu pisarzy i filmowców. Mniejsza o nazwiska literatów, które w tym miejscu padały. Wszystkie te Kuczoki i Bart nie są warte uwagi. Ważniejsze, że środowisko filmowe zdaje się rozumieć swoje gówniane położenie. Bez dobrej literatury nie będzie dobrych scenariuszy (tak, Otis). A bez dobrych scenariuszy nie będzie dobrego filmu. Problem w tym, czego środowisko filmowe nie rozumie: getto literackiego mejnstrimu, Barty i Kuczoki, ma już tylko jeden atut – przekonanie o własnej wielkości. A tymczasem w mejnstrimie wielcy są już tylko eseiści, a dobrzy niektórzy poeci. Z tego fabuły ulepić się nie da. Trzeba plunąć na koterię mejnstrimu i wyciągnąć dłoń do Szczepana Twardocha, do Jacka Dukaja, do Łukasza Orbitowskiego, do Marcina Wolskiego. Do Ani Kańtoch trzeba się szeroko uśmiechnąć. Ekranizacja przygód Domenica Jordana, jeśli tylko producent będzie wystarczająco szczodry i nie zamknie ekipy na 20 hektarach Sandomierza czy innego ojcowskiego parku narodowego, taka ekranizacja to będzie sukces murowany. Sukces komercyjny, a gdy reżyser będzie miał łeb na karku – również artystyczny.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-3157431931320181696?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/3157431931320181696/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=3157431931320181696' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/3157431931320181696'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/3157431931320181696'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2010/05/lektury-orbitowski-nadchodzi.html' title='[Lektury] Orbitowski, Nadchodzi'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-2387736087462208589</id><published>2009-08-23T13:17:00.005-05:00</published><updated>2009-08-24T07:51:18.776-05:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Szczepan Twardoch'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='funky dieter'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zabawy z bronią'/><title type='text'>Noc w dolinie muminków</title><content type='html'>Tuż przed północą Tata Muminka przewrócił ostatnią stronę swojej ulubionej książki, zdjął okulary i westchnął. Oprócz westchnienia Taty ciszę w gabinecie przerywało tylko tykanie zegara, który wskazywał 11:57. W innych pokojach z mrokiem mieszały się w nierównych proporcjach posapywanie Muminka, szelest pościeli Panny Migotki, która właśnie przewracała się z prawego boku na lewy, oraz ciche acz wyraźne pochrapywanie Mamy Muminka. Tata Muminka rozparł się wygodnie w fotelu i mocno zacisnął oczy. Przez chwilę wirowały mu pod powiekami czerwone kółka, oczy lekko go piekły, ale zaraz przyszło ukojenie. Nie otwierając oczu, sięgnął do wyłącznika i zgasił lampkę. Pomyślał, że pora do łóżka. Obiecał Paszczakowi, że jutro pomoże mu naprawić schody na ganek; musi się wyspać. A jak będą przybijać nowe deski, przemyśli to, o czym właśnie skończył czytać. A teraz spać. Mózg i tak, sam, bez pracy Taty, uporządkuje wszystko, co dzisiaj przeczytał. W rytm pracy młotka ustosunkuje się jutro nad morzem do tego i owego. Paszczak jest dobrym kompanem w takich wypadkach. Nieczęsto się odzywa. Będzie więc tylko Tata i jego myśli. I rytmiczny stuk młotka o deski: stuk – stuk – stuk – stuk – stuk... Tata Muminka wyobraził sobie to swoje jutrzejsze myślenie całkiem wyraźnie, plastycznie, że niemal usłyszał owo stukanie. Tuk – tuk – tuk – tuk... Nie, więcej niż wyobraził sobie. On to usłyszał. Słyszał stuk. Miękki, cichy, ale całkiem rzeczywisty. Nie dochodził on z głowy Taty, nie wydawał go zegar, ale przebijał ciszę gdzieś od strony okna na ogród. Tata otworzył oczy, ale nie ujrzał w pokoju niczego, co by się poruszało. Teraz dziwny odgłos dochodził wyraźnie z zewnątrz. Tata wstał z fotela, otulił się szczelnie pledem i podszedł do okna. Na początku nic nie przykuło jego uwagi. Minęło dobrych kilka minut, gdy wreszcie dostrzegł niewyraźny, ciemniejszy zarys jakiejś sylwetki w rogu ogrodu, tam, gdzie zwykle rodzina Muminków rozpalała świętojańskie ognisko. Postać rytmicznie pochylała się i prostowała, a z każdym pochyleniem rozlegało się stłumione „tuk!”. Tata wrócił do biurka po okulary, znów stanął przy parapecie okiennym i zaraz zrozumiał, co się stało. Ciemną postacią była Buka. Kopała kilofem w zmarzniętej ziemi, a co jakiś czas wygarniał grudy z coraz głębszego dołu i odkładała je, tak!, odkładała, a nie odrzucała, odkładała je jakby czule obok wykopu. Tata długo przyglądał się Buce. Stał bez ruchu, patrzył na ponure widowisko i myślał. Muminek spał i sapał. Mama Muminka beztrosko śniła nowy przepis na ciasto, a Panna Migotka właśnie przewracała się z lewego boku na prawy. Buka kopała, domownicy spali, Tata patrzył i myślał. W końcu westchnął i podszedł do fotela. Zdjął pled, złożył go w zgrabny kwadracik i odwiesił na oparcie, a następnie podszedł do szafy. Drzwi zaskrzypiały i Tata sięgnął w przepastne głębie mebla, a chwilę potem w jego ręce pojawiła się strzelba. Nie wiatrówka, którą bawiła się często Mała Mi, strzelając do Włóczykijowego kapelusza, ale najprawdziwsza strzelba. Nie znam się na strzelbach. To jednak była strzelba, z której można było ranić lub zabić. Na pewno. Tata wrócił do okna. Zdjął haczyk i uchylił skrzydła. Tak – cichutko. Nic nie zaskrzypiało – ucieszył się Tata Muminka. Poprawił okulary na nosie i spojrzał na Bukę przez szczerbinkę. Buka nieludzko rytmicznie pochylała się i prostowała. Przez jakiś czas, raczej krótki, Tatuś śledził jej ruchy, wchodził w rytm Buki, aż wreszcie wstrzymał oddech i gdy Buka po raz kolejny weszła w szczerbinkę, pociągnął za spust. Cichy trzask iglicy, niewiele głośniejszy od zegarowego tykania, usłyszał tylko on. Nie przebudziła się Mama Muminka, która właśnie przez sen uśmiechnęła się do swojego nowego wypieku. Nie przebudziła się Panna Migotka, która w momencie strzału przewracała się znów z prawego na lewy bok. Nie zbudził się też Muminek, który ani o niczym nie śnił, ani się nie przewracał w łóżku, a tylko cichutko posapywał przez sen. Buka także nie usłyszała tego dźwięku. Wbijała w zmarzlinę kilof, wyciągała kolejne grudy ziemi i pieczołowicie, jak rolnik główki kapusty, układała je w coraz wyższy stosik. Tata Muminka uśmiechnął się do siebie, `westchnął z rezygnacją i zamknął okno. Odłożył broń do szafy, a później powlókł się do łóżka. Nie widział już, bo nie mógł tego zauważyć, że w chwili, gdy naciągał koszulę nocną, Buka odwróciła się w stronę okna i popatrzyła na nie swoimi pustymi oczami.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-2387736087462208589?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/2387736087462208589/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=2387736087462208589' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/2387736087462208589'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/2387736087462208589'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2009/08/noc-w-dolinie-muminkow.html' title='Noc w dolinie muminków'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-1290139747201364203</id><published>2009-06-22T13:25:00.000-05:00</published><updated>2009-06-22T13:26:53.841-05:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='4 czerwca 1989'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Dieter Bohlen'/><title type='text'>4 czerwca</title><content type='html'>Od roku nie oglądam telewizji, od jakiegoś miesiąca, dwóch nie wchodzę też na portale informacyjne. Dlatego ominęła mnie czwartoczerwcowa sraczka medialna. Nie hajowałem się dyskusjami, celebracjami, transmisjami, debatami czy czym tam jeszcze. Jednak deczko o tym pomyślałem.&lt;br /&gt;W 1989 miałem 16 lat. Tak naprawdę dopiero zaczynałem się rozglądać w świecie. Wystarczająco uważnie, żeby zapamiętać to i owo. Wystarczająco dokładnie, żeby spróbować odpowiedzieć na pytanie, czemu to nie jest moje święto. Zdecydowałem się podać dwa przykłady, bo mi się pisać dłużej nie chce. Wszystkie jednak, które mógłbym podać, byłyby tej natury.&lt;br /&gt;1. Ojciec&lt;br /&gt;Pamiętam wieczór 4 czerwca. Do zamknięcia lokali wyborczych została jakaś godzina, a Ojciec z uporem maniaka powtarzał, że na żadne wybory nie pójdzie. „Nie rozumiesz” – mówił mi – „to nic nie zmieni. Nic się nie zmieni”. Gorąco zachęcałem go do wyjścia z domu i nie mogłem pojąć, jak można uważać, że nic się nie zmieni. Jasne, że się zmieni. Ostatecznie Ojciec zagłosował. Pracowicie skreślił wszystkich z listy krajowej i jakieś piętnaście minut przed dwudziestą wyszliśmy razem na drogę do domu. Zazdrościłem mu wtedy. Dzisiaj rozumiem, że obaj nie mieliśmy racji. Ojciec – bo jednak coś się zmieniło. Ja – ponieważ nie zmieniło się tak, jak chcieliśmy. I nie chodzi mi tu o jakieś wielkie sprawy. Jakiś rok później pod wpływem tzw. transformacji Ojciec stracił pracę. Dotąd był urzędnikiem, pracownikiem zaopatrzenia. Od (nie pamiętam dokładnie) ’90 czy ’91 wykonywał już tylko dorywczo różne prace fizyczne. Nosił belki z materiałem w magazynie, robił makaron, musztardę i keczup, cieciował... I tak nie wylądował najgorzej. Wiele osób z jego pokolenia straciło pracę i do dziś nie uzyskało żadnego zatrudnienia. Musieli się nauczyć przeżyć za 100 zł miesięcznie. I to jest pierwszy powód, dla którego 1 czerwca to nie jest moje święto: praktycznie całe pokolenie w wielu miejscach w Polsce wpadło w czarną dziurę. To nie są koszty transformacji. To są ludzie i ich historia.&lt;br /&gt;2. Nieznajomy&lt;br /&gt;Pamiętam letni wieczór w roku ’87 albo ’86 w Suchej Strudze, niedaleko Piwnicznej. Poszliśmy grupą do źródeł wody mineralnej. Spotkaliśmy tam faceta, który łapał tę wodę w plastikowe butelki i woził na sprzedaż do Krynicy albo do Starego Sącza (nie pamiętam już). Pewna dziewczyna zaczęła z nim gadać i tak od słowa do słowa facet dowiedział się, że dziewczyna pochodzi z Gdańska. Zapytał, czy zna pana Wałęsę. Znała, w pewnym przynajmniej sensie. Mieszkała na tym samym osiedlu, blok dalej. Ze swojego okna widziała klatkę schodową Wałęsy, a pod nią wiecznie warujących tajniaków. Facet słuchał o tych prostych sprawach jak zaczarowany. Kazał sobie opowiadać, jak wygląda pana Wałęsa. Traktował dziewczynę jak relikwię drugiego stopnia. A później poprosił ją, żeby zrobiła mu zdjęcie (dziewczyna miała aparat). Facet wyjął z plecaka spodnie i flanelową koszulę, zmienił swoje robocze ubranie (szorty i koszulka na ramiączka) na to lepsze, ustawił się godnie, uśmiechnął... Pstryk. Jeszcze raz psrtyk. Poprosił, żeby dziewczyna wywołała to zdjęcie i dała panu Wałęsie, jak go spotka. Żeby powiedziała, że to od Stanisława jakiegośtam z Krynicy czy ze Starego Sącza. Że Stanisław jakiśtam pana Wałęsę podziwia i pozdrawia, i modli się za niego. A to jest powód, dla którego już nawet nie tyle nie celebruję 4 czerwca, co po prostu nienawidzę tego dnia.&lt;br /&gt;Przeglądałem niedawno gazety z Dwudziestolecia. Trudny czas po odzyskaniu niepodległości: hiperinflacja i bezrobocie, a do tego kompletna utrata zaufania do klasy politycznej, nieudolnej i uwikłanej w bezpłodne spory, dalekiej od problemów zwykłych ludzi. A mimo to powszechne było zadowolenie z odzyskanej wolności, z kart tych gazet przebija duma, że żyli w Polsce, a nie w sowieckiej respublice czy niemieckim protektoracie. Dlaczego oni potrafili się cieszyć, a ja nie? Dlaczego oni potrafili oderwać się od perspektywy wysadzonych z siodła i oszukanych, dlaczego potrafili dostrzec to, co dobre? Dlaczego ja nie potrafię? No, tego to ja nie wiem. To jest dla mnie, proszę ja Was, prawdziwa Tajemnica.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-1290139747201364203?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/1290139747201364203/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=1290139747201364203' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/1290139747201364203'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/1290139747201364203'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2009/06/4-czerwca.html' title='4 czerwca'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-2026658300395721089</id><published>2009-05-31T09:23:00.005-05:00</published><updated>2009-05-31T13:19:19.551-05:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Szczepan Twardoch'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Lektury'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Zimne wybrzeża'/><title type='text'>Lektury: Szczepan Twardoch - Zimne wybrzeża</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SiKT95pACxI/AAAAAAAAAD4/74mRNYfwLFY/s1600-h/Zimne-wybrzeza_Szczepan-Twardoch,images_big,17,978-83-245-8512-0.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 206px; height: 320px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SiKT95pACxI/AAAAAAAAAD4/74mRNYfwLFY/s320/Zimne-wybrzeza_Szczepan-Twardoch,images_big,17,978-83-245-8512-0.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5341994799668923154" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedna z bardziej inspirujących mnie ostatnio dyskusji w necie została zainicjowana wpisem Quisa na FF. Quis zauważył, jak szybko starzeją się modne książki, jak wiele wśród nich takich, do których nie chce się wracać, które z czasem osądzamy coraz surowiej, aż w końcu rozstajemy się z nimi bez żalu. Rzecz nie dotyczy tylko literatury popularnej, której krótki żywot i wątpliwy często powab wynika do pewnego stopnia z samej idei popularności. Tutaj dosyć łatwo odkryć, że pod tapetą literackiego pudru i szminki (daliśmy się uwieść, bo myśleliśmy, że to nieziemska piękność, a to podstarzała i głupia panna, na której wcześniej od nas poznali się co mądrzejsi) kryje się tandeta, zwykłość i ograny schemat. Nie chodzi tylko o książki takie jak „Achaja” czy „Śmierć w Breslau”, o kolejne odsłony pisarskich aspiracji Pawlaka, Szmidta, Piekary i legionu im podobnych chamułów słowiarstwa. Zjawisko to dotyczy także tych, którzy aspirują do miana A(!)rtystów, twórców z wyższej półki i ich w zamierzeniu niezwykle istotnych dla Narodu (a może już społeczności tylko) i Historii dzieł. Nie mogę sobie darować, że dałem się nabrać na „sławę” Andermana, „jakość” Pilcha, „subtelność” Dehnela. Setki kilogramów papieru zalegają nie wiedzieć po co moje półki. Hektolitry związków ołowiu zaschło na kartkach, które dotknąłem raz i których dotknąć powtórnie nie zamierzam. Najgorsze jest jednak to, że wydałem na te brednie kasę. Mogłem dzieciom kupić niezdrowe ale smaczne frytki, a za to pokarałem się tomem poezji Julii Hartwig. Mogłem żonie sprezentować róże, a wróciłem do domu po wypłacie z „Labiryntem von Trotta” czy czymś równie dziwnym.&lt;br /&gt;Etykieta „literatura popularna” nie musi więc oznaczać, że czytelnik rzeczywiście się rozerwie, czytając taką rzecz. Z moich obserwacji wynika, że jeśli nawet się rozerwie, będzie to głupia rozrywka. Nie pożywi się na tym czytelnik, jak nie pożywi się gumą do żucia. Ważniejsze jednak, że ta etykieta niekiedy zwodzi w drugą stronę. Są bowiem ludzie, którzy literaturę popularną, gatunkową (wszystkie te horrory, thrillery, romanse) uznają za fraszkę, za przestrzeń, w której słabi autorzy wypowiadają rzeczy bez znaczenia. Mam takie doświadczenie: jak dobrą rozrywką może być twórczość uchodząca za poważną (np. „Don Kichote”), tak poważną lekturą może być kryminał albo powieść szpiegowska. Poważną w sensie: poruszającą poważne tematy i dobrze napisaną. Takim twórcą jest Szczepan Twardoch, a taką książką są „Zimne wybrzeża”.&lt;br /&gt;Na każdą książkę Twardocha czekam, bo się cieszę, że usłyszę głos kogoś, kto jest mądrzejszy ode mnie. To oczekiwanie nigdy jeszcze nie zostało przez autora zawiedzione. Co więcej, z książki na książkę ten akurat pisarz (jeśli chodzi o sprawność czysto pisarską) się rozwija, a nie zwija. W „Przemienieniu” wszedł (moim zdaniem) na poziom pewnej wirtuozerii formalnej. Od „Obłędu”, przez „Sternberga” i „Prawem wilka” opowiadał Twardoch coraz bardziej zajmująco, a do tego opowiadał o rzeczach ważnych. Dlatego gdy jakiś czas temu odebrałem taki dziwny sygnał, że autor wątpi, czy dalej warto i czy pióra nie złamać, było mi strasznie przykro. Bo należę do grona czytelników, którzy na jego książki czekają. Strasznie się ucieszyłem, że wątpliwości okazały się tylko chwilowe. Jeszcze bardziej ucieszyłem się, bo „Zimne wybrzeża” potwierdziły klasę prozaika.&lt;br /&gt;Strasznie długo już bredzę, więc teraz tylko skrótowo.&lt;br /&gt;Zupełnie inny, wolniejszy tok narracji. Autor mówił na spotkaniu w Lublinie, że inspiracją był dla niego spitsbergeński pejzaż. Nie patent dotyczący perypetii głównego bohatera, nie patent ideowy (choć to akurat dla „wybrzeży” rzecz niezwykle istotna), ale krajobraz, który uwiązł pod powieką i zmuszał do wypowiedzenia. Wierzę. To chyba właśnie dlatego narracja ma cechy wystałego, wysyconego, dojrzałego trunku. „Przemienienie” można pochłonąć jednym tchem. Z ostatnią powieścią tak się nie da. Zwolennicy literackich jaboli muszą się posilić gdzie indziej. Kto wie, co to armagnac, powinien po to sięgnąć. To jest opowieść szlachetna.&lt;br /&gt;Tu jest jednak pewien problem. Bo chyba stanął pan pisarz (ciekawe, czy o tym wie) na granicy: albo się „uprości” i zacznie płacić trybut oczekiwaniom masowego odbiorcy (co może mu zapewnić większe powodzenie, większą poczytność i wszystko to, co idzie za nią), albo dalej się będzie rozwijał, a wtedy może się to okazać (w krótkiej perspektywie czasowej) trudne. Ha? Może jest też jakaś droga pośrednia, jeszcze trudniejsza, którą trudno mi sobie nawet wyobrazić...&lt;br /&gt;Zakorzenienie fabuły w realiach nie tylko geograficznych, nie tylko historycznych, ale i w klarownej, przekonująco wyrażonej idei. Nie chcę uprzedzać tych, którzy przeczytają ten post, a później sięgną po książkę. Tu nie chodzi o sposób na czysto fabularne rozwiązanie wątków zapętlonych przez autora na początku książki. Problem polega na tym, że rozwiązanie akcji wiąże się ściśle z pewną ideą. Dlatego wolałbym nie dopowiadać za dużo. Ale w takiej konstrukcji książki widać wyraźnie, że Twardoch dobrze wie, co chce powiedzieć, że sprawę przemyślał. I jego przemyślenia nie są banalne. (Akurat do tej kwestii, banał we współczesnej polskiej prozie, wrócę wkrótce, bo muszę to wykrzyczeć.) Lektura „wybrzeży” może być świetnym punktem wyjścia do dyskusji na temat najnowszej historii Polski. Całkiem sobie wyobrażam, że czytają to uczniowie przed maturą i że są dzięki tej książce w stanie gorąco ze sobą podyskutować. (A dyskusji na kanwie Andermanowego „To wszystko” sobie już nie wyobrażam).&lt;br /&gt;„Zimne wybrzeża” to jest książka, po którą można sięgnąć nie jeden raz. To jest książka, o której ma się ochotę pogadać ze znajomymi. I nie będzie to dyskusja o tym, że „fajnie, zajebiście i wogle”. Ta książka otwiera drzwi do pewnych problemów i wprowadza w nie. Nie za rączkę. I nie perfidnie. Ale pewnie i ciekawie.&lt;br /&gt;Amen&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-2026658300395721089?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/2026658300395721089/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=2026658300395721089' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/2026658300395721089'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/2026658300395721089'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2009/05/lektury-szczepan-twardoch-zimne.html' title='Lektury: Szczepan Twardoch - Zimne wybrzeża'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SiKT95pACxI/AAAAAAAAAD4/74mRNYfwLFY/s72-c/Zimne-wybrzeza_Szczepan-Twardoch,images_big,17,978-83-245-8512-0.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-2901098721996980363</id><published>2009-03-24T11:52:00.004-06:00</published><updated>2009-03-24T13:02:31.612-06:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Volkoff'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Ćwiek'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Twardoch'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kossakowska'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Dieter Bohlen'/><title type='text'>Żywot i śmierć anioła</title><content type='html'>[a tak - może komuś się nada, może ktoś zechce się oburzyć albo pośmiać...]&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niniejsze uwagi formułuję jako zwykły czytelnik literatury "fantastycznej"; ujmując rzecz szerzej: uczestnik karnawału, jakim jest kultura popularna. Pisałem to, co pisałem, ze świadomością braku dystansu wobec opisywanej rzeczywistości. Nie oznacza to jednak, że jestem apostołem kultury masowej. Należę do grona odbiorców literatury popularnej (jak chyba każdy z nas) od dzieciństwa. Z racji wykształcenia i wykonywanego zawodu powinienem być chyba impregnowany na pisarskie triki i czar sprawnie opowiedzianej, wciągającej historii. Z jakiegoś powodu ciągle daję się jednak uwieść i wciągnąć w świat przenikliwych detektywów, odważnych rycerzy, barwnych awanturników, łotrów i bohaterów. Także w świat fantastycznych aniołów i demonów. Jednocześnie oczekuję, że zostanę zabawiony mądrze. Dlatego nie jestem wyznawcą ani tych pisarzy, ani dzieł etykietowanych jako „fantastyka”. Doceniam dobrą robotę pisarską bez względu na przynależność gatunkową, ale też bez względu na nią (tudzież na pozycję konkretnych autorów w rankingach fanowskich) oczekuję, że będę przez tych pisarzy poważnie traktowany. Z takich pozycji próbowałem odpowiedzieć na dwa podstawowe pytania dotyczące ciekawej postaci literackiej, jaką w polskiej literaturze „fantastycznej” jest anioł. Interesują mnie dwa pytanie. Przede wszystkim, dlaczego na kartach kilku książek istotnych dla polskiej powieści popularnej ostatnich lat pojawiła się postać anioła? Dlaczego właśnie anioł stał się jednym z ulubionych bohaterów pisarzy z „Fabryki słów”: Mai Lidii Kossakowskiej i Jakuba Ćwieka? Interesuje mnie również, jak ta postać jest zrobiona. A więc: dlaczego anioł i jaki anioł we współczesnej prozie fantastycznej?&lt;br /&gt;Moim zdaniem, na pojawienie się anioła (zaryzykuję taką tezę kwantytatywną) w licznych tekstach fantastycznych należy spojrzeć najpierw w nieco szerszej perspektywie niż tylko literacka. Oczywiście, oddziaływały tutaj wzorce z innych mediów kultury masowej (przede wszystkim komiksu i filmu), dzieła dostarczające udanych, krwistych kreacji Bożych posłańców. Takie postawienie sprawy w niczym nie tłumaczy jednak przyczyny. Co najwyżej wskazuje kanały, którymi podsycane było zainteresowanie tą postacią w kręgu pisarzy. Nie uważam, by najważniejsza przyczyna tej swoistej literackiej angelofanii tkwiła w samej kulturze popularnej. Ten podstawowy powód jest głębszy, ma naturę duchową. &lt;br /&gt;Traktat o aniołach nie zajmuje dziś w nauczaniu religii eksponowanego miejsca. W katechezie szkolnej sprowadzony został do jednej definicji, którą trzeba powiedzieć z pamięci na „egzaminie” przed komunią czy przed bierzmowaniem: aniołowie są to duchy czyste, mające rozumy i wolne wole, ale niemające ciał. Anioły pojawiają się w nauczaniu religii co najwyżej anegdotycznie (i karykaturalnie), choćby jako ilustracja debat scholastycznych (które miałoby rzekomo podsumowywać pytanie: ile aniołów zmieści się na główce od szpilki?). Do czego sprowadza się nasza wiedza o aniołach?&lt;br /&gt;1) Wyuczona w dzieciństwie modlitwa do Anioła Stróża.&lt;br /&gt;2) Zapamiętany z rodzinnego domu obrazek znad łóżka (anioł patrzący na braciszka i siostrzyczkę zbliżających się do przepaści; może zbrojny Archanioł Michał przydeptujący szatana).&lt;br /&gt;3) Kilka tekstów religijnych (jak adwentowe „Archanioł Boży Gabriel posłan do Panny Maryi”).&lt;br /&gt;Wszystko to stanowi wątłą podstawę dla wiary w anioły. Wiary nieutwierdzanej systematycznym wykładem w ramach obowiązku katechetycznego. Kwestia aniołów to tylko jeden z elementów doktryny wiary, którą w sposób „naturalny” zmarginalizowano w nauczaniu religii. Przypomnijmy sobie, o czym mówiono nam na religii w szkole, jak wyglądały nasze lekcje religii w szkole średniej, może już w gimnazjum. Niekończące się debaty na tematy moralne (antykoncepcja, współżycie przedmałżeńskie, aborcja, eutanazja), kwestie dyscypliny kościelnej (celibat duchowieństwa), problemy historyczne (inkwizycja, krucjaty). Wszystko to w rytm medialnych debat i skandali. Wszystko to pilne, godne przedyskutowania tu i teraz. Być może dlatego, pod presją aktualnych gorących tematów, z którymi młodzi przychodzili do swego katechety, a być może w myśl ewangelijnej zasady „nie rzuca się pereł przed wieprze” aspekt mistagogii chrześcijańskiej, wprowadzanie na lekcjach religii w tajemnice wiary (w tym w tajemnicę aniołów) cichł, aż z czasem zamilkł zupełnie.&lt;br /&gt;Duch ludzki nie znosi jednak pustki. Jeśli tajemnica nie zostanie owinięte słowem, pojawia się przestrzeń dla religijnej szarlatanerii, jak choćby popularne ostatnio w kręgach lubelskiego biznesu pięciodniowe nabożeństwo prywatne do aniołów, mających pomóc rodzinie petenta w sprawach niecierpiących zwłoki. Wychowanie w określonym kręgu kulturowym wyposażeni zostajemy w szczątki prawdziwej wiedzy o aniołach. Dojrzewając, czujemy potrzebę pogłębienia tej wiedzy. Być może tak właśnie narodziły się fantastyczne anioły. Wyłoniły się z płodnego chaosu mitów i obrazów dotyczących istot duchowych, z nowoczesnego, multikulturowego bulionu, w którym tradycja biblijna, judaistyczna, chrześcijańska sąsiaduje (na równym poziomie) z demonologią islamu, skandynawskimi mitami, z hermetyczną tradycją gnostycką... To w taką sferę prowadzą nici, które dostrzec można w misternej plątaninie tropów kulturowych na kartach Siewcy wiatru czy Kłamcy. W interesujących mnie powieściach i opowiadaniach jest pewien element, który jak sądzę, daje legitymację dla takiego wymieszania heterogenicznych elementów. Nie ma w tym świecie zwornika, który powstrzymałby zalew motywów z różnych tradycji, bo nie ma w nim Boga. Anioły Kossakowskiej i Ćwieka to anioły zamknięte we własnym świecie, nie skierowane już do Boga. Trylogia o Kłamcy zaczyna się w sposób symptomatyczny: „Przypadkowe wersy na otwartej na chybił trafił stronie Pisma. Tak zwykł przemawiać Bóg. Ale Boga już nie ma – skarcił się w myślach – a ja i tak nie mam wyboru”. Kossakowska: „Oto twoja największa tajemnica, Książę Magów. Jasność odeszła z Królestwa, Pan opuścił swoje dziedziny, swoją skrzydlatą trzódkę i zniknął. Nawet nie wiemy, czy jeszcze istnieje. Zabrał Królową, grono świętych i patriarchów, Metatrona, swego ukochanego anioła, który pieśnią powoływał do życia nowych skrzydlatych oraz gwardię przyboczną, nieodstępnych, szalonych Serafinów. Nagle, bez zapowiedzi, bez znaku osierocił Królestwo”.&lt;br /&gt;Anioł we współczesnej powieści fantastycznej narodził się (i to narodził się w takiej, a nie innej postaci), gdyż ludzie potrzebowali tych istot. Dokładniej: potrzebowali opowieści o istotach, które miałyby istnieć, a o których powiedziano im tak niewiele. Mówi się, że to, co tajemnicze, domaga się wyjaśnienia. Tak! Jednak jest to powołaniem wąskiego grona ludzi. Bez względu na przynależność cywilizacyjną i historyczną ludzie przede wszystkim oczekują innej postawy wobec tajemnicy. To, co tajemnicze, domaga się opowieści.&lt;br /&gt;Takie anioły tylko w najogólniejszych zarysach przypominają swe religijne pierwowzory (mają skrzydła, są istotami duchowymi). W istocie nie mają jednak z aniołami nic wspólnego. Twórcy tych postaci swobodnie żonglują motywami zaczerpniętymi z różnych, czasami kompletnie różnych tradycji religijnych, łączą sfery religijną ze świecką. Co powstało – aniołem raczej nie jest. Najważniejsze – mimo że tej postaci tyle brakuje do pierwowzoru, mimo swobodnego przemieszczania się autora między różnymi kontekstami kulturowymi, mimo nieobecności Boga – to wydaje się pewne: wszystkie te powieści traktują o zaświatach i zapełniających je istotach nie jako o mirażu, ale rzeczywistości. Jest to jednak kosmos specyficznie zorganizowany. Świat fantastycznych aniołów to świat manichejski. Siły dawnych i nowych istot są sobie istotowo równe (choć jedne silniejsze, inne słabsze; zob. walka aniołów z bóstwami panteonu skandynawskiego w Kłamcy, zob. niemożność wejścia aniołów do przestrzeni Anubisa w Kłamcy), siły dobra i zła też są sobie w zasadzie równe (u Kossakowskiej Bóg, wieczna Światłość, przeciwstawiony zostaje swojemu mrocznemu odbiciu – Cieniowi).&lt;br /&gt;To aspekt negatywny okoliczności narodzin tej postaci (negatywny, bo związany z tym, czego nie ma). Jest jednak i aspekt pozytywny. Anioł jako postać literacka w kulturze popularnej pojawił się, moim zdaniem, jako naturalny etap ewolucji postaci z tego fragmentu ludzkiej kultury. Najwłaściwszym obszarem dla kultury popularnej jest niezwykłość. Oferuje ona czytelnikowi możliwość emocjonalnego zaangażowania w niezwykłe światy. Niezwykłe uczucie (gwałtowne, nieodpowiednie, nieoczekiwane) między dwojgiem ludzi właściwe dla romansu, niezwykłe perypetie postaci w powieści sensacyjnej czy przygodowej, niezwykła atmosfera spowijająca świat i losy bohatera (horror i thriller), wreszcie – świat funkcjonujący zgodnie z niezwykłymi regułami (odmiennymi od danych nam w zdroworozsądkowym odbiorze), wyłaniający się z kart dzieł sf czy fantasy. Najprostszą drogą do ukonstytuowania się takiego świata jest pojawienie się niezwykłego bohatera. Właśnie dlatego – anioł, istota z niezwykłego świata, o cechach zupełnie wyjątkowych, działająca w znanym nam świecie w sposób cudowny, ktoś nieuchwytny. Zarazem jednak ktoś pomocny ludziom. Anioły patrzą na nas i wkraczają w nasze życie wtedy, gdy ich potrzebujemy, by nas chronić. Idealny kandydat na superbohatera.&lt;br /&gt;Te dwa czynniki (pozytywny i negatywny) oddziałują w kulturze popularnej razem, pozwalając na uformowanie się postaci literackiej, która tylko w najogólniejszych zarysach przypominać będzie anioła. Będąc „z wyglądu” aniołem, w rzeczywistości wcale nim nie jest.&lt;br /&gt;Na kanwie moich lektur zauważyłem dwa typy postaci anielskich we współczesnej prozie fantastycznej. Wyjdźmy od najkrótszej definicji kultury popularnej, jako zbioru dzieł obliczonych na przyciągnięcie uwagi czytelnika niezwykłością. Najpewniejszym sposobem wprowadzenia tego pierwiastka do utworu jest, jak już wspomniałem, kreacja niezwykłego bohatera. W literaturze fantastycznej takim bohaterem jest superbohater: Batman, Spider Man, Kapitan Ameryka, Iron Man, Kaznodzieja... Anioł fantastyczny jest kreacją z tej właśnie serii herosów masowego imaginarium. Jako taki, musi wykazać się specyficznymi właściwościami.&lt;br /&gt;Wśród tych właściwości istotne dla ukonstytuowania się superbohatera są różnego rodzaju nadzwyczajne umiejętności. Na przykład zdolność metamorfozy (Loki w Kłamcy: „Niewidzialność była darem, który cieszył Lokiego najbardziej ze wszystkich. Owszem, zmiana kształtu niezła sprawa, tworzenie iluzji też miało wiele zastosowań, ale tylko niewidzialność dawała prawdziwą radochę. Gdyby ktoś go zapytał o zalety takiego stanu, Kłamca z miejsca mógł wymienić tysiące już wypróbowanych. Można kochać się z na wpół śpiącymi kobietami, gdy tuż obok chrapią ich mężowie – powiedziałby w pierwszej kolejności. – Można dopomóc jakiejś życiowej ofermie do cna ograć kumpli w pokera, a potem, najlepiej tego samego dnia, gdy frajer pijany swym szczęściem postanowi wrócić do domu, napaść go w ciemnym zaułku”.)&lt;br /&gt;Najczęstszą sprawnością wykazywaną przez różnych superbohaterów jest ich siła i sprawność bojowa. Anioły nie są pod tym względem postaciami jakoś znacząco wyłamującymi się z galerii herosów kultury masowej. Oto scena z Siewcy wiatru: „Tuż przed twarzą anioła rozbłysły małe, złośliwe ślepia, a potężna, zbrojna w szpony łapa minęła tylko o włos jego bok. Daimon zamachnął się, tnąc potężnie przez łeb stwora. Demon zawył i stanął w płomieniach. Przez sekundę w rozpaczliwym niezrozumieniu młócił na oślep łapami, aż rozpadł się w fontannę złotych iskier, powoli gasnących w mroku. Gdyby napadł zwykłego, podróżującego z jakąś misją skrzydlatego, bez trudu rozdarłby go na strzępy. Daimon Frey, Anioł Zagłady, patrolował pogranicze między innymi po to, żeby eliminować podobne zagrożenia”.&lt;br /&gt;Dla porównania scena (okrojona) walki Conana ze stalowym demonem: „[Conan] Przerzucił okrwawioną szablę do lewej ręki i wyjął wielki, zakrzywiony nóż Yuetshów. Olbrzym zmierzał ku niemu wyciągając potężne ramiona, lecz gdy promień słońca zalśnił jasno na ostrzu, cofnął się gwałtownie. Conan [...] Runął na niego wywijając magiczną bronią. Pod jego ciosem ciemny metal ciała Khosatrala poddawał się jak kark wołu pod ciosem topora. Z głębokiej rany trysnęła ciemna posoka i olbrzym krzyknął głosem przypominającym żałobne bicie dzwonu. Straszliwe ramiona opadły z impetem, lecz Conan był szybszy od turańskich łuczników, którzy zginęli pod ich ciosami. Uchylił się, uderzył ponownie i jeszcze raz, Khosatral zachwiał się i zatoczył w tył; jego krzyki były nie do zniesienia. [...] Khosatral odwrócił się ponownie, młócąc rozpaczliwie ramionami, lecz nie zdołał powstrzymać rozjuszonego przeciwnika. Jak pantera atakująca łosia, Conan zanurkował pod opadające ramiona i wbił zakrzywione ostrze po rękojeść w miejsce, gdzie u człowieka znajduje się serce. Khosatral zatoczył się i upadł. Stojąc miał jeszcze ludzką postać, ale na ziemię padł już jako nie-człowiek. Tam, gdzie przedtem była twarz o ludzkich rysach, nie było nic; metal topił się i zmieniał...” (Stalowy demon z Conana najemnika).&lt;br /&gt;Superbohater, wyposażony w supercechy, musi być jednak postacią wiarygodną, jego perypetie muszą angażować czytelnika. Jako ktoś wyposażony w nadnaturalne moce, swego rodzaju nadczłowiek, musi posiadać cechy, które zrównoważą tę jego niezwykłość, uczynią go w jakimś sensie jednym z nas. Schemat konstrukcyjny tej postaci musi więc obrosnąć ciałem; czytelnik musi otrzymać szansę na zidentyfikowanie się z losem takiego bohatera, choćby niewielką możliwość odczytania jego historii jako historii jednego z nas. Tutaj następuje zasadniczy konflikt, cierniowy dla pisarzy słabych i laurowy dla mądrych, sprawnych rzemieślników. Nasz superbohater jest aniołem. Chcąc uczynić go bardziej ludzkim, trzeba było (to okazuje się w praktyce) zrezygnować z jego anielskości. Bo czym innym jest choćby ukazanie aniołów jako istot wykazujących zupełnie ludzkie słabości. Wróćmy do cytowanej na początku definicji anioła, przywołajmy istotne jego cechy, które w dziełach pisarzy fantastycznych ulegają odwróceniu.&lt;br /&gt;Nie są to więc „duchy czyste”, lecz kierują nimi ludzkie żądze, niekiedy są wręcz napiętnowane grzechem. Loki o swej niewidzialności: „Ileż to razy zwijał się ze śmiechu na widok wymownych spojrzeń policjantów słuchających gadki o niewidzialnym grabieżcy. Najlepszym jednak zastosowaniem niewidzialności, jakie do tej pory wymyślił, było oczywiście sianie lęku i niepewności”. Loki to pomocnik aniołów, ktoś do zadań specjalnych. Same anioły u Ćwieka są jednak dotknięte licznymi skazami, choćby strachem (albo tylko obawą), zniechęceniem, niekiedy może wręcz rozpaczą w obliczu zadań, które ich przerastają.&lt;br /&gt;Bardzo ludzką cechą, zaprzeczającą innemu teologicznemu znamieniu tych istot jest, że nie są one „bezcielesne”. Mają ponętny wygląd, podkreślony nawet odpowiednio dobranym strojem. Anielskiego superbohatera cechuje wręcz pewna próżność, przejawiająca się w dbałości o wizerunek. Siewca wiatru: „Daimon ubrał się starannie, lecz bez śladu zbytku – tak jak lubili się nosić Aniołowie Miecza. Miał na sobie białą koszulę z cienkiego, delikatnego materiału, ukrytą pod krótkim, sięgającym talii kaftanem z czarnej skóry, wąskie czarne spodnie i długie buty, zapinane na niezliczoną ilość klamerek. U boku nosił miecz i sztylet. Włosy związał luźno na karku, pozostawiwszy wolno dwa pasma, opadające aż na pierś. Na palcu prawej ręki nosił jedyną ozdobę, pierścień z czarnego kamienia z wyrytą pieczęcią, symbolem znaczenia, pozycji i pochodzenia. Wysoki i smukły [...]”. Anioł Kossakowskiej to w tej scenie anioł świeży, czysty i zadbany, a przy tym męski, osobnik dokładnie taki, jakiego lubią kobiety. Tradycji bezcielesnych aniołów chrześcijańskiej tradycji Kossakowska przeciwstawia obdarzoną seksapilem istotę świadomą swych samczych przewag. Nie wiem, skąd autorka Siewcy wzięła wzorzec wyglądu Daimona Freya. Zauważyłem jednak, że kreacja ta (jeśli chodzi o wygląd postaci) zbieżna jest z kreacją bohatera cyklu gotyckich opowiadań detektywistycznych Anny Kańtoch – przypomina Domenika Jourdaina. (Nie żebym sugerował, iż jedna autorka zapatrzyła się w dzieło drugiej. Raczej obie wpatrują się we wspólny wzorzec, którego ja nie dostrzegam jeszcze wystarczająco wyraźnie, by spróbować go nazwać.)&lt;br /&gt;Na kartach dzieł Kossakowskiej i Ćwieka anioły nie tyle są „rozumne”, co cechuje je raczej cwaniactwo i przebiegłość. Nie tyle są one „wolne”, co raczej samowolne. Cóż więc zostaje z religijnej idei anioła w tych literackich fabrykatach ze słów? Skrzydła i obywatelstwo niebiańskiej ojczyzny.&lt;br /&gt;Możliwe są jednak inne kreacje. Zamiast kreacji anioła-superbohatera na kartach współczesnej prozy fantastycznej znaleźć można narracje o aniołach, których postaci zgodne będą (w najważniejszych rysach) ze źródłową koncepcją tych istot. Przy wszystkich przekształceniach, będą to więc postaci, które z istoty, a nie akcydentalnie, będą aniołami.&lt;br /&gt;W opowiadaniu Vladimira Volkoffa Anielskie poszukiwania (tom opowiadań Kroniki anielskie) anioł jest dokładnie tym, kogo znamy z kart katechizmu i Biblii: istotą nieograniczoną niczym (czasem, przestrzenią, a nawet prawdopodobieństwem) z wyjątkiem nakazu Stwórcy – znaleźć matkę dla Słowa Bożego. Nawet wygląd tej postaci nie odbiega w niczym od powszechnych wyobrażeń o aniele: nie daje się rozpoznać, gdy tego nie chce, ale w sferze niebieskiej potrafi nabrać wiatru w swe anielskie skrzydła. Sama postać nie została więc skonstruowana w jakiś oryginalny sposób. Również misja, która została zlecona temu aniołowi, nie stanowi jakiegoś nadzwyczajnego popisu inwencji Volkoffa. A jednak jest to kreacja fantastyczna, nawet fantastycznonaukowa, gdyż specyficzna jest przestrzeń, w której ta misja jest realizowana. Anioł szuka odpowiedniej kandydatki na matkę Boga we wszechświatach równoległych (dokładniej: w różnych układach czasowo-przestrzennych). Warto podkreślić, że francuskiemu pisarzowi nie tylko udało się pojednać ze sobą postać o religijnej proweniencji z wymaganymi w sf realiami. Udało mu się również ocalić religijny wymiar misji anioła. Nie są to przygody dziwnego stworzenia w egzotycznych światach, ale opowiadanie, którego tematem jest fenomen Maryi. Volkoff stawia sobie pytanie: w czym uboga dziewczyna z absolutnego zaścianka jednego z gorszych (a nie najlepszego z możliwych) światów była lepsza od innych dziewczyn: piękniejszych, mądrzejszych, lepiej urodzonych. Niezwykłe dekoracje wzmacniają tylko to pytanie, konfrontując czytelnika z ogromem niezrealizowanych możliwości Wcielenia. Różne elementy zostały więc wymieszane tak, że pierwiastek religijny wyraźnie dominuje nad fantastycznym sztafażem. Jednocześnie zaś anioł jest istotnie aniołem: nie bożym wojownikiem, ale Bożym posłańcem.&lt;br /&gt;Inny przykład. W powieści Szczepana Twardocha Epifania wikarego Trzaski. Młody kapłan doświadcza szczególnego spotkania. Zwabiony hałasami na strychu plebanii udaje się na tenże strych: „Pomiędzy starymi komodami, upchniętymi w szafach księgami parafialnymi z ostatnich czterystu lat, połamanymi abażurami, skrzynią z Bóg wie czym, zakurzonymi słoikami i wielkim emaliowanym bębnem do šlojdrowańo [...] stało dwóch mężczyzn w białych szatach do ziemi. Promienieli światłością jak neon nad multikinem.&lt;br /&gt;– Ksiądz Jan Trzaska, jak przypuszczam? – odezwał się wyższy z dwóch przybyszów, długowłosy i brodaty.&lt;br /&gt;Wikary, stojąc z otwartymi ustami, zdołał tylko kiwnąć głową.&lt;br /&gt;– No, to bardzo mi miło. Jestem Jezus Chrystus, a to – tu wskazał na drugiego mężczyznę, androgynicznego i obdarzonego blond lokami do pasa – archanioł Michał.&lt;br /&gt;Brodaty mężczyzna miał twarz z Całunu Turyńskiego, którego kopia, wykonana z lnianego płótna, wisiała u księdza Jana na ścianie”.&lt;br /&gt;Postaci bez wątpienia są przybyszami ze sfery duchowej, przynajmniej jeden z nich bez wątpienia jest aniołem. Nie tylko wygląd, również ich misja i szczególny dar, jaki przekazują ks. Trzasce świadczą o ich anielskości. Nie chciałbym odbierać Twardochowi potencjalnych czytelników, dlatego nie powiem, jaka jest istota misji tych postaci. A misja i tożsamość (jak to u aniołów) jest ściśle ze sobą spleciona. Bez wątpienia nie są to reporterzy „Faktów i Mitów”, wystawiający wiarę prowincjonalnego księdza na ciężką próbę. Co jednak można powiedzieć, to że bez wątpienia są to istoty duchowe, anioły. Jak u Volkoffa, pojawiają się one na kartach powieści Twardocha, wnosząc istotną problematykę teologiczną. (Pomijam sprawę, dość istotną dla tej powieści, że akcja dzieje się we współczesnej Polsce, a autorowi udało się przy okazji powiedzieć coś o aktualnej sytuacji Kościoła w naszym kraju).&lt;br /&gt;W tytule wspomniałem nie tylko o życiu anioła, ale i o jego śmierci. Kiedy więc postać literacka umiera? W dużej mierze zależy to od woli autora. Jeśli jednak decyduje się on na kolejne odsłony przygód stworzonej przez siebie postaci, ma widocznie przekonanie (podsycane na spotkaniach autorskich, przede wszystkim pewnie zaś na internetowych forach czytelniczych), że postaci te są wystarczająco żywotne, by unieść kolejne niezwykłe fabuły. Jeśli więc fantastyczne anioły kiedyś umrą, to najprawdopodobniej wtedy, gdy wyczerpie się ich potencjał. To zaś stanie się, gdy niezwykłość przestanie czytelników emocjonalnie angażować. A więc wtedy, gdy schemat konstrukcyjny takiego bohatera stanie się zbyt widoczny. Należy życzyć sobie, by autorzy potrafili przezwyciężyć ten problem. Dla dobra swojego i czytelników. Czy dla dobra samych aniołów – to już inna sprawa.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-2901098721996980363?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/2901098721996980363/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=2901098721996980363' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/2901098721996980363'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/2901098721996980363'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2009/03/zywot-i-smierc-anioa.html' title='Żywot i śmierć anioła'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-355523261705278924</id><published>2009-03-11T14:26:00.002-06:00</published><updated>2009-03-11T14:57:45.917-06:00</updated><title type='text'>Łańcuszek Studyty 2</title><content type='html'>Siedem płyt, które wstrząsnęły moim światem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1. Smok Telesfor.&lt;br /&gt;Nie miałem wtedy w domu (nie mieliśmy) żadnego sprzętu grającego oprócz radia, na któym odsłuchiwało się tylko PR1. W przedszkolu wszyscy czekaliśmy w napięciu, z wypiekami na twarzach, aż Pani zapuści nam tę płytę. Nie chodziło tylko o to, co na płycie, ale o cały rytuał zapuszczania winyli. Okłądka, folia, talerz, igła, zgrzyt, dźwięk... Ktoś to jeszcze pamięta? Pamiętam zwłaszcza od 2:40.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/LXlT5nTUKzE&amp;hl=pl&amp;fs=1"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/LXlT5nTUKzE&amp;hl=pl&amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;2. Majkel Dżekson, Trilr.&lt;br /&gt;Pierwszy mój sprzęt grający - czarny patefon z malutkimi głośnikami. Matka zakupiła mi gdzieś tę płytę. To była bułgarska edycja Trilera. Strasznie trudno było przykumać, o co chodziło. Bas z tego numeru jest absolutnie nieśmiertelny. I ta czkawka Majkela też jest niepowtarzalna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/_8gr3yQhHEE&amp;hl=pl&amp;fs=1"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/_8gr3yQhHEE&amp;hl=pl&amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;3. Yes, 90125&lt;br /&gt;Jakoś na komunię dostałem magnetofon szpulowy cztrościeżkowy. Nagrywałem sobie piosenki z tv (dalej nie miałem radia z ukf). W Wideotece Krzysztofa Szewczyka upolowałem ten numer i zajeżdżałem to do bólu. Najlepsze, że nagrała mi się ścieżka do teledysku, nie sama piosenka. Ale to nie przeszkadzało. Później akceptowałem wszystko, co nagrywały Yesy. Nikt z moich rówieśników nie rozumiał, czemu godzinami słucham "The Yes Album" czy "Close to the Edge". A ja po prostu cały się telepałem, jak to leciało. Też nie wiem, czemu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/fHtmdMos2tk&amp;hl=pl&amp;fs=1"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/fHtmdMos2tk&amp;hl=pl&amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;4. AC/DC: Heatseeker&lt;br /&gt;W szkole średniej Matka sprezentowałą mi kaseciaka z wbudowanym radiem ukf. Zacząłem słuchać trujki. A pierwsza kaseta, którą sobie kupiłem - Heatseeker zespołu acapiorundaca. Ta mania trwała dłużej. W zasadzie trwa do dziś. To była kaseta, która mnie zmieniła. Z jesowej cioty stałem się rokendrolowcem. Miałem wszystkie kasety elektrycznych chłopaków. Wszystkie piraty, bo tylko takie wtedy były.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/GP5Z999-8jQ&amp;hl=pl&amp;fs=1"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/GP5Z999-8jQ&amp;hl=pl&amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;5. Armia: Legenda&lt;br /&gt;Na studiach mieszkałem 3 lata z kumplem kompletnie odjechanym na punkcie Armii. Studia w ogóle zacząłem w momencie, gdy Armia była na absolutnym szczycie, a Budzy leczył rękami. Do dziś lubię ten numer:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/nRsw7qPhj2g&amp;hl=pl&amp;fs=1"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/nRsw7qPhj2g&amp;hl=pl&amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;6. Dave Bruebeck: Take Five&lt;br /&gt;Kumpel mnie namówił na jazz. Madry był, bo zaczął od tej płyty. Szybko załapałem bakcyla. Jak tego nie lubić?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/BwNrmYRiX_o&amp;hl=pl&amp;fs=1"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/BwNrmYRiX_o&amp;hl=pl&amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;7. Arvo Part: Dla Aliny&lt;br /&gt;Jazz wprowadził mnie do świata prostych dźwięków. Długo by o tym. Zacząłem słuchać. Coraz częściej wypada na klasykę. Tak trafiłem na Parta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/QtFPdBUl7XQ&amp;hl=pl&amp;fs=1"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/QtFPdBUl7XQ&amp;hl=pl&amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niezła kasza: przez Dżeksona, ACDC, jazz, do klasyki. No, ale przede wszystkim muszę powiedzieć to: jakoś dziwnie mi się ten klimat z najstarszych dźwięków łączy z Partem. Pętla tatyoli.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-355523261705278924?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/355523261705278924/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=355523261705278924' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/355523261705278924'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/355523261705278924'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2009/03/ancuszek-studyty-2.html' title='Łańcuszek Studyty 2'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-8922092476345623952</id><published>2009-02-23T14:26:00.001-06:00</published><updated>2009-02-23T14:28:23.481-06:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Radio Cover'/><title type='text'>Radio Cover 3</title><content type='html'>oryginał&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="320" height="265"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/1KPUMLZr7ng&amp;hl=pl&amp;fs=1&amp;rel=0"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/1KPUMLZr7ng&amp;hl=pl&amp;fs=1&amp;rel=0" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="320" height="265"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;nie przepadam za Możdżeru, ale ma facet jaja&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="320" height="265"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/01DDRBtL03c&amp;hl=pl&amp;fs=1"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/01DDRBtL03c&amp;hl=pl&amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="320" height="265"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-8922092476345623952?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/8922092476345623952/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=8922092476345623952' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/8922092476345623952'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/8922092476345623952'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2009/02/radio-cover-3.html' title='Radio Cover 3'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-7172156281890056673</id><published>2009-02-22T09:17:00.002-06:00</published><updated>2009-02-22T09:24:27.025-06:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Balabanov'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='War'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Wojna'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Balabanow'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Bałabanow'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Voyna'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Seans'/><title type='text'>Seans: Wojna, reż. Aleksiej Bałabanow</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SaFtEwUcsFI/AAAAAAAAADY/9x8Zwjd8J4E/s1600-h/warposter.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 213px; height: 320px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SaFtEwUcsFI/AAAAAAAAADY/9x8Zwjd8J4E/s320/warposter.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5305641764476727378" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;Plakat z filmu. Straszna tandeta&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[UWAGA – SPOJLERY]&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Być może Barbarzyńca ma rację, pisząc na swoim blogu, że wyreżyserowana przez Bałabanowa "Wojna" to film o Rosji i o trudnej miłości Rosjan do ich ojczyzny. Nawet jeśli tak jest (a dla mnie jednak jest to film troszkę o czymś innym), to mnie raczej interesuje, jak ten film jest o tym, o czym jest, jak Bałabanow do swojej tezy dochodzi. Nie piszę tej notatki, bo chcę konkurować z Barbarzyńcą na opinie. Mam na swój temat sprecyzowaną opinię i tego-tego w związku z tym. Po prostu: mam nadzieję, że relacja z mojego seansu będzie elementem dyskusji humanistycznej. Prawdziwie humanistyczna dyskusja polega zaś nie na tym, że się polemizuje z tezami interlokutora, ale mówi się o sobie, bez zbytniej troski o dialogiczną strukturę tej dyskusji; wtedy pojawia się taki ciekawy pierwiastek humanistyczny.&lt;br /&gt;"Wojna" to najsłabszy obraz Bałabanowa, jaki dotąd widziałem. Irytująca była zwłaszcza egzaltowana gra aktorska rudzielca, który wcielił się w Dżona, wyraźnie odbiegająca od powściągliwych kreacji pozostałych aktorów. Ale, ale... może tak miało być, może Bałabanow chciał wygrać ten kontrast. Nawet zbudowałem już swoją teorię, po co mu to było (bo Bałabanow to reżyser chyba zbyt dobry, żeby tak po prostu sprawę aktora przegrać), ale mimo tej teorii, jak w starym szmoncesie, niesmak po przyjrzeniu się Dżonowi pozostał. Oprócz gry aktorskiej jest jeszcze kwestia organizacji planu. Nie wiem, czy dobrze to nazywam, ale miałem wrażenie, że film był kręcony ukradkiem, popołudniami, w pomieszczeniach, do których wpuszczał ekipę kolega oświetleniowca albo szwagier producenta. Takie to wszystko jakieś umowne, naprędce kręcone, nijakie. No, takie mam wrażenie. Pewnie chodziło o kasę, więc wszelkie próby widzenia tego jako celowej gry z widzem uznaję za nadużycie i nie referuję ich tu. Teraz do spraw ważniejszych.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Takie mam jasne, mocne przeczucie, że osnową &lt;i style=""&gt;Wojny&lt;/i&gt; jest oklepany schemat fabularny znany z łesternów albo filmów wojennych. Może nawet raczej zlepek schematów niż jeden konkretny. Są dobrzy i źli. Źli są źli nieludzko: ucinają jeńcom głowy, palce, gwałcą kobiety, traktują więźniów jak niewolników, są żądni pieniędzy – absolutnie cyniczni w swym postępowaniu. Źli są źli w tym samym stopniu, w jakim filmowi dobrzy są dobrzy: ideowi (Iwan pomaga Dżonowi za kasę, ale oddaje przynajmniej część tej kasy Czeczeńcowi, który zresztą okazuje się później niewdzięcznym kozim synem), inteligentni (kapitan wymyśla fikuśne wyjście z nadzwyczaj trudnej sytuacji), wierni zobowiązaniom (Dżon nie ma szansy na wykupienie ukochanej z niewoli, więc staje na głowie, żeby ją uwolnić), sprawni intelektualnie i fizycznie itd. itp. Ten jasny podział jest właśnie podziałem z filmu klasy b(ł)e. Zresztą, wzmocnione jest to wyglądem dobrych i złych. Asłan (szef złych) jest czarny i ma głos jak wokalista blekmetalowej kapeli, a Iwan (główny dobry) to taki chłopaczek jak z bajki o żar ptaku (Iwan – takie ładne imię, prawda?). Zarys akcji podobnie. Źli porywają ludzi, po czym uwalniają mężczyznę i mówią jemu – do tego i tego masz nam dać górę pinindzy, bo jak nie, zrobimy pannie kuku. Pinindzy nijak zdobyć nie można, pozostaje więc akcja zbrojna w wykonaniu faceta, który na co dzień zajmuje się wyprowadzaniem psa na spacer wzdłuż Tamizy. Oczywiście, jakoś temu facetowi udaje się przekonać do pomocy doświadczonego trapera Iwana, który po niewielu wahaniach wyrusza na tę prywatną wojnę (a tu oszukać trza nie tylko złych, ale i zmierzyć się z bezczynnością służb państwowych). Wszyscy zostają uwolnieni, wszyscy wracają zdrowo do domu, a nawet więcej niż wszyscy, bo przy okazji udaje się postawić na nogi rodzinę biednego (acz z aspiracjami) czeczeńskiego pastuszka. Zakończenie filmu też czerpie pełnymi garściami z ogranych schematów o stu siedmiu wspaniałych i psie. Bohaterowi zostaje po udanej akcji tylko satysfakcja. Uznany przez swoich za złego, zostaje uwięziony i musi odpowiadać przed sądem, że zabijał niewinnych złych i za to, że kopał w dupę czeczeńskiego pastuszka. Nic z tego nie ma Iwan poza może własną satysfakcją, że dobry z niego chłop.&lt;br /&gt;No, ale jest w tym wszystkim jakiś sens, jakaś logika. Moim zdaniem, to jest kino wokół tezy, która z tym ogranym schematem ściśle się łączy: bądź mężczyzną, idź na wojnę. Ten temat wraca już to w dialogach bohaterów, już to w obrazach. Iwan po wyjściu z wojska odwiedza swego chorego ojca. A ten mu mówi o męskim wtajemniczeniu: wojna czyni cię mężczyzną (i dokłada do tego przesłanie miłości: bądź z kobietą tak długo, jak długo ją kochasz). Po czym chory ojciec unosi w górę ramię, eksponuje męsko niewygoloną pachę i stęka: ech, poszło by się na wojnę. To „ech” jest w jego ustach bardzo rosyjskie. Iwan chyba myśli jak ojciec, więc na wojnę idzie. Tyle o słowach. Teraz o obrazach. Jest taka scena, jak w moskiewskim sklepie z artykułami militarnymi chłopacy kupują (za kasę Dżona) sprzęt na męską przygodę: koszulki w paski, buty, zegarki, noże, kurtki... Oglądając to, miałem refluksję wspomnieniową, a mianowicie przypominały mi się sceny z kolejnych rambów, z predatora, jak w każdym z tych filmów bohater się ubiera przed decydującą akcją: sznuruje glany zdecydowanymi szarpnięciami żylastych dłoni, nakłada na zdeterminowaną cerę szminkę maskującą, kuje sobie nóż... Męskie kino – pomyślałem wtedy – Bałabanow jedzie po schemacie męskiego kina wojennego. Jest w końcu sprawa rozgrywająca się w fabule już nieco bardziej subtelnie (i tu wchodzi ta kwestia przerysowanej gry aktorskiej Dżona). Otóż udana akcja czyni mężczyznę z Dżona (nie z Iwana!). Pusty śmiech widza ogarnia, gdy po powrocie do bazy mirotworców Dżon pręży swe anglosaskie muskuły, dosiada się do pijących spiryt sałdatów i szeroką gestykulacją podkreśla swój bełkot (prawdopodobnie opowiada akcję). Wszystko to na tle melancholijnej rezygnacji Iwana, który nie wypomina Dżonowi ani łez wylewanych na początku boju, ani jego załamania przy okazji pierwszej śmierci złego, ani nieroztropnego działania w wiosce złych. I jeszcze jedna sprawa. Scena ucieczki z obozu złych. Więźniowie i ich asFFabadziciele pod ostrzałem przeważających sił wroga szybko robią sobie tratwę z desek i beczek i nurtem rwącego potoku spływają do swoich. Ale nie tak łatwo im się spływa. Wzdłuż potoku jest droga, którą jedzie wypakowany złymi autobus. Źli ostrzeliwują tratwę, dobrzy ostrzeliwują autobus. Źli w nikogo nie trafiają, dobrzy przypieprzają celnie. Jest to tak groteskowa scena, że aż dech w piersiach zapiera. Przypomniała mi się scena z którejś nagiej broni, gdy Leslie Nielsen strzela się z jakimś amerykańskim złym z odległości metra i żaden nie trafia.&lt;br /&gt;W tych wszystkich (moim zdaniem świadomych, zamierzonych) kiksach jest coś, co przemienia ten film, co czyni z niego coś więcej niż oklepany schemat rozgrywający się w realiach posowieckich. Bo ostatecznie ogląda się to dobrze, z poślizgim, nie jak parodię kina wojennego, wiedząc, że tu nie chodzi o samą akcję. Być może jednym z poziomów tego dzieła (o innym wspomniał Barbarzyńca) jest więc rozprawa z mitem wojny jako mitem męskim, z mitem wojny jako doświadczenia czyniącego z człowieka istotę lepszą, dojrzalszą. I dopiero teraz zacząłbym się zastanawiać nad tym, co napisał Barbarzyńca, dopiero na tym tle zacząłbym kwestię rosyjską. Współczesna Rosja tym różni się od państw zachodnich, że toczy ciągle wojnę czy to na swoim terytorium, czy tuż przy swojej granicy. Ani Anglicy, ani Niemcy, ani Francuzi, ani Polacy – oni tego nie doświadczają. Dla angielskich, francuskich, niemieckich i polskich ojców oraz ich synów wojna jest informacją z mediów. Dla Rosjan wojna jest doświadczeniem bardzo bliskim. Rosyjscy ojcowie i synowie codziennie mogą skonfrontować mit wojny z prawdą o wojnie. Co ciekawe, trudno tu Bałabanowa jednoznacznie złapać. O co mu chodzi? Jak na mój gust, przerysowując postać Dżona – wyraźnie odrzuca, kompromituje pewien sposób mówienia o doświadczeniu wojennym. I zaczyna się wypływ z tej szerokiej rossyjskiej duszy.&lt;br /&gt;Dziwny film, niejednoznaczny.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-7172156281890056673?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/7172156281890056673/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=7172156281890056673' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/7172156281890056673'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/7172156281890056673'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2009/02/seans-wojna-rez-aleksiej-baabanow.html' title='Seans: Wojna, reż. Aleksiej Bałabanow'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SaFtEwUcsFI/AAAAAAAAADY/9x8Zwjd8J4E/s72-c/warposter.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-2148846924919481631</id><published>2009-02-11T13:47:00.004-06:00</published><updated>2009-02-11T14:16:23.245-06:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Dieter Bohlen'/><title type='text'>* 11 lutego</title><content type='html'>Od kilku dni myślę o wpisach Studyty i Szczepana Twardocha na temat makabry dziecięcej. Aż tu dzisiaj nieoczekiwanie wspomnienie mnie naszło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Był rok Pański 2007. Przyjechała do mnie w odwiedziny matka. Spała w tzw. dużym pokoju, który oprócz wielu zalet ma i tę szczególną, że jest nadzwyczaj akustyczny. Pod nim i nad nim są inne tzw. duże pokoje, należące do moich sąsiadów. Różnica jednak jest taka, że w tych dużych pokojach moich sąsiadów toczy się życie, a nasze życie toczy się raczej w kuchni. Stąd też, jak się wszystko weźmie pod uwagę (fakt, że matka spędzała w naszym tzw. dużym pokoju raczej tylko noc, kiedy było cicho, oraz fakt, że to pomieszczenie akustyczne, tudzież okoliczność, że nad nią i pod nią wrzało życie sąsiedzkie) - oczywiste staje się, że matka moja w czasie tego pobytu sporo się o naszych sąsiadach dowiedziała. Pewnego dnia poinformowała mnie, że sąsiedzi na dole strasznie się kłócą. Matka była zaniepokojona.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- No, do rękoczynów nie doszło, ale nie jest to normalne, żeby ludzie krzyczeli na siebie o drugiej, trzeciej w nocy, prawda - pytała mnie matka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bardzo ją to zajmowało: czemu oni się tak kłócą. Nadmienię, że chodziło o sąsiadów mieszkających pod nami, na parterze. Jakoś tak cztery, pięć dni później, na klatce schodowej zaczął się rozchodzić dziwny zapach. Organiczna zgnilizna. Jakby coś fermentowało, bo ja wiem, jakby psuło się mięso czy co. Było lato, gorące lato. Miało prawo się coś zepsuć. Na przykład końcówka kartofli z zimy. Mamy w klatce sąsiada, który zaadaptował swoją piwnicę na składzik produktów rolnych i co lato wywala worki kiełkujących, pomarszczonych kartofli, których nie przejadł zimową porą, bo nie sposób zjeść cztery tony kartofli zimą, gdy się ma trzyosobową rodzine. Więc tłumaczę matce, że ten ohydny smród, o który mnie pyta, to pewnie pozostałości z zimowego zapasu tzw. emeryta. Ale matka że nie, bo to z parteru.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- No, z parteru - mówię - bo parter jest nad piwnicą, a smród z piwnicy wyłazi na parter.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale matka że nie, że to nie taki smród, jak z kartofli.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- To z czego? - pytam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Widzisz - odpowiada - oni się tak kłócili tydzień temu... więc sobie myślę, czy ten twój sąsiad nie zabił żony.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I matka moja zaczęła roztaczać szczegółową wizję tego, jak sąsiad zabił swoją żonę, a teraz ją po kawałku wynosi z domu. Nie dała się przekonać, że to kartofle. Pytała, kiedy ostatni widziałem sąsiadkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- No, jakiś czas temu, dawno chyba - odpowiadałem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- A sąsiada?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Sąsiada to nawet dzisiaj rano.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Matka triumfowała, a ja zacząłem mieć wątpliwości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- To co mam robić? - zapytałem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- A nie możesz iść do tego sąsiada pod jakimś pretekstem i zobaczyć, czy ona żyje?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Matka tłumaczyła mi, że jak będę zwlekał, to potem będzie na mnie. Bo w końcu prawda i tak wyjdzie na jaw, a wtedy przyjadą tu polszmaty i tefałszity i zrobią wywiad, jaka znieczulica w tym bloku, że sąsiadki nie widzieli tygodnie, że smród, a nikt się nawet nie zainteresował, jak ten zboczeniec żonę w torbach na zakupy wynosił po kawałku. Tak mi to tłumaczyła przed wejściem na klatkę, bo omawialiśmy sprawę podczas wyjścia na zakupy i debata dobiegała końca w drodze powrotnej. Tak mi to tłumaczyła, a jak staliśmy już pod domofonem, to z klatki wyszła ta sąsiadka. W całości, o własnych siłach. Nawet jakby nieco pulchniejsza niż miesiąc temu, bo ona w ogóle ma skłonność do tycia. Matka do mnie:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- A kto to ci dzień dobry powiedział.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- A to ta sąsiadka, co ją miał mąż zamordować - odpowiadam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Matka nie odzywała się do mnie przez dwa dni.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-2148846924919481631?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/2148846924919481631/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=2148846924919481631' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/2148846924919481631'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/2148846924919481631'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2009/02/11-lutego.html' title='* 11 lutego'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-4029044468970793787</id><published>2009-02-07T15:37:00.005-06:00</published><updated>2009-02-07T16:08:47.949-06:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Miecz i kwiaty 1'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Lektury'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Marcin Mortka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Mortka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Miecz i kwiaty'/><title type='text'>Lektury: Marcin Mortka, Miecz i kwiaty, t. 1</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SY4Dkxw-wMI/AAAAAAAAADQ/Yhka2zaBFhA/s1600-h/mieczIkwiaty2.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 205px; height: 320px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SY4Dkxw-wMI/AAAAAAAAADQ/Yhka2zaBFhA/s320/mieczIkwiaty2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5300177741830602946" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;Nie lubię okładek Fabryki. Ta im się udała&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nowa powieść Mortki to moje największe przeoczenie w ubiegłym roku. Znaczy: zauważyłem książkę na półce w księgarni, ale nie zaryzykowałem kupna. Przede wszystkim, odrzuciła mnie głupawa odredakcyjnej notka na czwartej stronie okładki. Może bym się jednak i przełamał, bo wiem, jak się to pisze, ale po stronie pasywów ma u mnie Mortka &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Karaibską krucjatę&lt;/span&gt;, a pewien absmak po pirackiej epopei czuję do dziś. Fabuła dwutomowego dzieła o piratach była klejona w myśl zasad rpg. Nie pasuje mi to kompletnie. Owszem, podziwiałem gibkość autora, którego wyobraźnia co i raz eksplodowała na kartach dylogii nowymi, nieoczekiwanymi wydarzeniami fabularnymi. Jednak nie była to rasowa proza, pisana na głębokim oddechu, raczej igraszka, dobra zabawa uprawiana środkami prozatorskimi. Obawiałem się, że również &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Miecz i kwiaty&lt;/span&gt; stanowi wytwór tego typu. Po co więc wydawać kasę na coś, myślałem, co na pewno ma świetną okładkę, ale co nie gwarantuje równie dobrej zawartości.&lt;br /&gt;A jednak kupiłem &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Miecz&lt;/span&gt;, a kupiłem, bo opinia Esthela o książce byłą intrygująca. Kupiłem, bo zaryzykowałem. Nie żałuję. Po stokroć nie żałuję! Książkę zacząłem czytać wieczorem w czwartek, skończyłem dzisiaj wieczorem. Nie mogłem się oderwać, dopóki nie skończyłem. Zapomniałem o całym świecie. Istniał tylko dobry rycerz Gaston i jego świat. Tryumf autora i tryumf dobrej sztuki opowiadania.&lt;br /&gt;Trudno napisać coś więcej bez spojlerowania.&lt;br /&gt;Świat wykreowany przez Mortkę jest wyjątkowej gęstości, niemal dotykalny. Gdy wiał hamsin - piach trzeszczał mi w zębach. Gdy wchodziła bohaterka, czułem zapach jej ciała. Gdy toczono walkę - rękami i nogami bezwiednie naśladowałem ruchy wojowników. Ku uciesze pani żony, zmuszonej do wysłuchiwania co i raz moich posapywań: co za książka, co za książka.&lt;br /&gt;Z ducha &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Karaibskiej krucjaty&lt;/span&gt; jest na pewno ten kołowrót zdarzeń. Fabuła utkana jest z epizodów bardzo różnych, nieprzegadana, narracja w dobrym tempie. Najważniejsze jednak, że fabularna linia przewodnia jest dużo wyraźniejsza, że to ona stanowi dominantę kompozycyjną dzieła, a nie te festiwal epizodów. Bohater zmienia się (choć nie oczekujmy tutaj jakiegoś pogłębionego portretu psychologicznego, wersytycznej kreacji postaci - nie takie reguły gatunku), nie jest statyczny, ma swoje tajemnice. swój świat. Realia epoki (mniemam) dobrze oddane; powieść na pewno będzie stanowiła inspirację do poważniejszych studiów nad krucjatami dla niejednego chłopaka, który po tę rzecz sięgnie. Na dodatek to tylko pierwszy tom - swą opowieść urwał Mortka w dobrym miejscu. Zamykając książkę, chcemy jeszcze, ale podstawowe wątki rozwiązały się, wypuszczając macki w stronę drugiego tomu.&lt;br /&gt;Najlepsze jest jednak to, że ja nie chcę drugiego tomu. Ja chcę drugi, ale i trzeci, a może i czwarty! Chcę, bo mnie Mortka kupił światem Gastona. Jeśli uda mu się pociągnąć tę krucjatową epopeję na tym samym poziomie, co tom pierwszy - ma nieśmiertelne miejsce na mojej półce z książkami. Tej tuż przy łóżku, do która najczęściej sięgam.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-4029044468970793787?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/4029044468970793787/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=4029044468970793787' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/4029044468970793787'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/4029044468970793787'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2009/02/lektury-marcin-mortka-miecz-i-kwiaty-t.html' title='Lektury: Marcin Mortka, Miecz i kwiaty, t. 1'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SY4Dkxw-wMI/AAAAAAAAADQ/Yhka2zaBFhA/s72-c/mieczIkwiaty2.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-206011732255714031</id><published>2009-01-28T14:06:00.011-06:00</published><updated>2009-01-28T15:43:36.587-06:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='O potworach i ludziach'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Balabanov'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Balabanow'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Bałabanow'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Seans'/><title type='text'>Seans: O potworach i ludziach (reż. Aleksiej Bałabanow)</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SYC7bho3PWI/AAAAAAAAADI/mYjpNkeH7yA/s1600-h/1.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 214px; height: 320px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SYC7bho3PWI/AAAAAAAAADI/mYjpNkeH7yA/s320/1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5296439243348327778" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;Niezrównany Siergiej Makowieckij w butach rolingstonkach&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;[UWAGA - SPOJLERY]&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O filmie, choć idzie mu już jedenasty rok, nie dowiedziałbym się, gdyby nie wpis Barbarzyńcy na fforum. Najpierw jednak sięgnąłem po dwie inne, świeższe produkcje rossyjskie: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;12&lt;/span&gt; (reż. Nikita Michałkow) i &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ładunek 200&lt;/span&gt; (reż. Bałabanow). &lt;span style="font-style: italic;"&gt;12&lt;/span&gt; mnie zachwyciło. Nie jest to prosty rimejk holiłudzkiej produkcji, dramatu sądowego znanego z encyklopedii filmowych głównie ze względu na walory sztuki reżyserskiej. (Praktycznie cały film rozgrywa się w ciasnej sali sądowej, ale każda scena filmowana jest z inaczej ustawionej kamery, co musiało być nielichą sztuką.) Michałkow starał się w oryginalnym scenariuszu odnaleźć język, którym mógłby opowiedzieć o Rossji takiej, jaką ją widzi. To nie jest moja wizja Rossji, ale muszę przyznać, że wyszła reżyserowi przekonująco. Ja w tym obrazie zobaczyłem dumę rossyjską. Tak, nie jest u nas dobrze. Sądy nie służą sprawiedliwości, biznes ma charakter mafijny, tak, u nas wad mnogo. Jednak to nasz syf, a w tym syfie udaje nam się (choć to niełatwe) zachować godność. Tak to odczytywałem. Przekonał mnie ten Michałkow, że współczesne rossyjskie kino (które znam słabiutko) może być ciekawe i mocne. Dlatego zaryzykowałem też seans &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ładunku 200&lt;/span&gt;. Jednak tutaj spasowałem po około 15-20 minutach. Stężenie przemocy znacznie przekraczało moją wyporność. To temat na osobny post: sztuka współczesna w pułapce zła. Tutaj sygnalizuję &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ładunek&lt;/span&gt; tylko po to, żeby pokazać, jak wchodziłem w seans z drugim filmem Bałabanowa: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;O potworach i ludziach&lt;/span&gt;. Wchodziłem wystraszony &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ładunkiem&lt;/span&gt; i zachęcony &lt;span style="font-style: italic;"&gt;12&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;Nie mogę się otrząsnąć po tym seansie. Odbieram &lt;span style="font-style: italic;"&gt;potwory&lt;/span&gt; jako dzieło o kulturze masowej, o kulturze popularnej. A ponieważ tkwię w tym po uszy - jest to o mnie, o moich czasach. Co gorsze - o świecie moich dzieci. Ale do tego wrócę jeszcze raz, na końcu tego wpisu, jak nie zapomnę.&lt;br /&gt;Akcja &lt;span style="font-style: italic;"&gt;potworów&lt;/span&gt; to początek ery filmu, a więc początek nowej ery w dziejach ludzkości. Nowość tej ery ma dwa aspekty: społeczny (umasowiony zostaje kontakt ze sztuką światową) i metafizyczny (sztuka zostaje nie tyle oderwana od sacrum, bo to działa się od lat, wieków, to pewien proces był, ale po prostu: opętana przez demona). Przy kolacji jeden z bohaterów mówi o wielkiej przyszłości filmu tak, że oto nastąpi właśnie umasowienie tego, co zapowiadała fotografia. W epilogu widzimy pogoń pensjonarek za automobilem, z którego wystaje "znany" reżyser. Ot, przepowiednia spełniona. I to dość szybko. Dawniej, żeby zobaczyć obraz, rzeźbę, bryłę katedry trzeba było pokonać nierzadko pół świata. Zachowały się relacje Chopina, Liszta, w których wspominają podróże w jakiś rejon Europy, wojaże podejmowane celem wysłuchania jakiegoś koncertu. Początek XX wieku (to właśnie czas akcji &lt;span style="font-style: italic;"&gt;potworów&lt;/span&gt;) stawia to na głowie. Mamy już płyty z muzyką, mamy fotografie. Nie trzeba jechać do Wenecji, żeby zobaczyć to senne miasto. Nie trzeba nawet iść do galerii, żeby zobaczyć pejzaż Wenecji. Wystarczy album z fotografiami. Tak, ludzie, którzy korzystają z dobrodziejstw dóbr techniki artystycznej, to jest lud, o którym marzy jeden z bohaterów. Ale ten lud nie oczekuje na zdjęcia Wenecji, a na zdjęcia pornograficzne. Nie słucha nagrań oper, ale słodkie pojękiwania ciekawostek anatomicznych albo francuskie romanse. I w to właśnie wchodzi demon.&lt;br /&gt;Jeden z bohaterów (można spokojnie zrezygnować z pluralis) filmu to bliźnięta syjamskie Kola i Tola. Obdarzony pięknymi chłopięcymi głosami, muzykalny, musztrowany przez niekochającą go matkę - pod wpływem działań potentata nowej sztuki w Sankt-Peterburgu zaczyna swoją muzyczną karierę. Nagrywa płyty, koncertuje. Tola zaczyna pić, Kola pragnie spełnienia z kobietą, którą kocha. Jest wykorzystywany przez swego diabolicznego menago, upodlany, traktowany jak baba z brodą, ciekawostka (to o nim mówi się: potwory). Tola umiera obok wanny w hotelu, zapijaczony, przed koncertem (kierownik tancbudy dobija się do drzwi, widownia wyje, tupie, niezadowolona z opóźnienia). Na Boga, myślę sobie, patrząc na tę postać. Przecież w tej postaci zamknęło się życie większości ikon kultury popularnej. Lider Dorsów umierający młodo w wannie w opinii potwora, alkoholowe kłopoty rokendrolowców czy gwiazd filmowych, dwoista natura tych ludzi - upadłych, brudnych duchowo i pragnących czystości, miłości, piękna...&lt;br /&gt;Wszystkie te postaci szukają ojca. Matek tam nie ma. Umierają, gdy dzieci są jeszcze małe (matka Lizy), są macochami, a nie matkami, ale takimi prawdziwymi, przysłowiowymi macochami (matka Koli i Toli). Nawet demon w chwili męki nie woła matki, ale nianię. Ojcowie też dosyć szybko odchodzą. Ale oni mają jakiś wpływ na dzieci. Aktorka (mimo woli) Liza pragnie wyjechać z ojcem na Zachód. Po jego śmierci i po swojej pornograficznej odysei - wyjeżdża w trasę tej podróży. Kola i Tola wyjeżdżają na Wschód - szukając ojca właśnie. To piękna metafora. Sztuka w kręgu oddziaływania ojca.&lt;br /&gt;Sztuka masowa to stracona niewinność. Liza pozuje do filmów pornograficznych pod portretem fotograficznym, który zrobiono jej w wieku 5 lat. To nie może być przypadek, to zaplanowane przez demona. On tak to ustawił.&lt;br /&gt;Okropny film. Aż kipi we mnie od tego, co chcę o nim napisać. Co widzi demon, gdy patrzy na realizację swego marzenia filmowego? Czemu woła niani, czemu nikogo z rodziców? W co odchodzi na końcu filmu? Czy czuje się spełniony?&lt;br /&gt;Może jeszcze jedna rzecz.&lt;br /&gt;Filmy, które kręci pornowytwórnia w Pitrze początku XX wieku, same w sobie są z dzisiejszego punktu widzenia niewinne. Film zaczyna się zresztą "niewinnymi" fotkami porno z epoki. Raczej wywołują one dzisiaj uśmiech niż podniecenie czy zażenowanie. Śledząc wytwarzanie tych "dzieł" - widzimy (my! pluralis jednak) tragedię ludzi, którzy byli w tej akcji wykorzystywani. Dlatego gdy w ostatniej scenie widzimy to "dziełko" w całej krasie - nie bawi nas to już tak bardzo. Znamy jego historię, jego uwikłanie w zło.&lt;br /&gt;A teraz te dzieci. Mnie ten film przeraził. Bo w gruncie rzeczy nasze dzieci żyją już tylko w tej kulturze, której ziarno rzucił demon na początku ubiegłego wieku w Pitrze. A demon miał niemieckie imię.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-206011732255714031?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/206011732255714031/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=206011732255714031' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/206011732255714031'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/206011732255714031'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2009/01/seans-o-potworach-i-ludziach-rez.html' title='Seans: O potworach i ludziach (reż. Aleksiej Bałabanow)'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SYC7bho3PWI/AAAAAAAAADI/mYjpNkeH7yA/s72-c/1.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-4211912708625933693</id><published>2009-01-05T14:35:00.005-06:00</published><updated>2009-01-06T08:10:29.256-06:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Dieter Bohlen'/><title type='text'>* (5 stycznia)</title><content type='html'>Bożonarodzeniowe śniadanie pierwszego dnia świąt minęło na ciekawej rozmowie z Ojcem. Wspominaliśmy zmarłych sąsiadów i nagle gdzieś mi się przy tych wspominkach pamięć omsknęła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- No chyba nie powiesz, że nie wiesz o pierwszym mężu M. - zdziwił się Ojciec.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;M. zmarła ładnych parę lat temu. Była przemiłą starszą panią, która zawsze zapraszała moje dzieci na pączki, chrusty, pyzy... wszystko własnej roboty. Miała kupę amerykańskich rzeczy i pachniała lepszą naftaliną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Jakim pierwszym? Ona miała więcej niż jednego męża?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- No co ty? - Ojciec był szczerze zdumiony. Pomyślał, zagryzł ciastem i powiedział - Pierwszy był ubek i drugi był ubek. Ten pierwszy, to go jeszcze w pięćdziesiątych latach zabili. Jechali na wieś na ślub kogoś z jej rodziny. I zabili go na drodze. A ona zaraz potem wyszła za drugiego ubeka, za następcę tego swojego pierwszego męża. I ten drugi to był już dziadek tego twojego kolegi z podstawówki, wiesz...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie mogłem uwierzyć. A Ojciec zaraz się rozkręcił i opowiedział resztę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Nad nimi mieszkał też ubek. Pamiętasz K.? On też był ubekiem. A w sąsiedniej klatce C. Też ubek. Z Opola go przenieśli tutaj. Odkąd go przenieśli, nigdy już nie pojechał odwiedzić swojego rodzinnego miasta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tak mi o tych ubekach opowiadał. A później msza, bo dzieci za małe na pasterkę były. A później obiad u teściowej, a później jakaś inna rodzinna impreza. I tam spotykam ulubionego wuja żony i gadam z nim m.in. o tych ubekach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- A no pewnie. Pamiętam tego K. Zastrzelił się czy powiesił tam u was w tym domu, znaczy: u siebie w mieszkaniu. Nie mówił ci o tym ojciec?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie mówił. Tedy drugiego dnia świąt pytam przy śniadaniu o to samobójstwo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- No pewnie, że się zastrzelił, nie wiedziałeś? - Ojciec był wyraźnie zdumiony moją ignorancją. - Normalnie miał w domu pistolet, bo oni mieli pistolety nawet na emeryturze. I wiesz, ta jego żona siedziała w kuchni z córką, a on tak wszedł, że go widziały na korytarzu i strzelił sobie w głowę. A wiesz, że C. też był ubekiem. Z Opola.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Tak, wiem. Coś dużo tych ubeków tu mieszkało.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- No, dużo. Na parterze w sąsiedniej klatce też taki jeden mieszkał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Tam też?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- No, mieszkał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Tato, osiemnaście mieszkań, a cztery należały do ubeków? Dwóch marnie skończyło. Gdzie ja się wychowywałem?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Co chcesz? Najstarszy wybudowany po wojnie blok w mieście. Pierwszy wybudowany dom po wojnie. To gdzie mieli mieszkać? Prawie sama wierchuszka tu żyła. O, w tym mieszkaniu, w którym później mieszkali K...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- W tym co on się zastrzelił?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- No, tam właśnie, na drugim piętrze. Tam na samym początku mieszkała rosyjska rodzina. On był szefem miejskiego czy powiatowego komitetu partii na początku pięćdziesiątych. Wiesz, chcieli mieć swojego człowieka. Aspirenko się nazywał. A syn miał na imię Żorżyk. Pamiętam jak dziś. Bywałem u nich czasami w mieszkaniu. Jak przyszła jesień, to szli na gruszki. Bo nad przejazdem, o, tam, tam gruszka rosła. I całe drzewo ogałacali - Ojciec zaczął się śmiać. - A gruszki całą zimę w tapczanie trzymali. To pamiętam. A w domu mnóstwo klatek mieli. A w klatkach, drozdy, szpaki, wiewiórki... No, całe mnóstwo po prostu... Lubili zwierzęta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiewiórki i drozdy w porozwieszanych po mieszkaniu klatkach. W tapczanie gruszki. W przedpokoju miejsce, w którym K. za jakiś czas się zastrzeli. Poniżej żona zastrzelonego ubeka. Może już sama, może jeszcze nie. Może już nie sama. Dziwne miejsce. Mój dom.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-4211912708625933693?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/4211912708625933693/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=4211912708625933693' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/4211912708625933693'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/4211912708625933693'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2009/01/5-stycznia.html' title='* (5 stycznia)'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-5245203139289926024</id><published>2008-12-21T14:31:00.004-06:00</published><updated>2008-12-22T05:13:37.360-06:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Dieter Bohlen'/><title type='text'>* (21 grudnia)</title><content type='html'>Nie umiałem się przepchać do pierwszego rzędu. Stałem więc pod ścianą i wyciągałem się, na ile mogłem, żeby zobaczyć cuda; te same co roku, zawsze jednakowo powabne. Nie umiałem przedrzeć się przez zwarte szeregi moich rówieśników, żywo gestykulujących, głośno komentujących pojawienie się kolejnych wyczekiwanych postaci. W pomieszczeniu było gorąco, ale nikt nie zdjął kurtki czy palta. Smród rozgrzanego ciałem ortalionu mieszał się z zapachem króliczego futerka i wełny. Po olejnej lamperii spływały krople wody. Z minuty na minutę robiło się coraz bardziej nieznośnie. Głosy stawały się głośniejsze i ostrzejsze, widownia reagowała coraz niecierpliwiej na nieuniknione w takim ścisku przydeptywanie stóp i ciągnięcie za rękawy. Nerwowe falowanie do przodu i w tył, w lewo i w prawo. Można zwymiotować, jak podczas rejsu statkiem. Wspinałem się na palce, i ponad szeregiem przepoconych fryzur i czapek z pomponami wypatrywałem pojawienia się Marszałka na jego Kasztance. Na razie zobaczyłem tylko harcerzy i coś, czego długo jeszcze nie mogłem zrozumieć. Jakaś grupka młodzieży w dziwnych czapkach z daszkiem. Wiele lat później uświadomiłem sobie, że to studenci w swoich tradycyjnych nakryciach głowy, w barwach uczelni. Szli, zdejmowali te czapki, kłaniali się równo, bez wdzięku, mechanicznie. Zmęczyłem się i opadłem na pięty. Przede mną, a właściwie pode mną stał czteroletni, może rok starszy chłopczyk, którego znałem z widzenia. Mieszkał chyba w sąsiednim bloku. On też nie miał szans się przepchnąć do przodu. Podskakiwał co rusz, ale to było beznadziejne. Nie mógł zobaczyć nic.&lt;br /&gt;– Podsadzić cię? – zapytałem, a on pokiwał i uśmiechnął się.&lt;br /&gt;Nie był lekki. Jego żółte sztuczne futerko ważyło pewnie drugie tyle, co on sam. Podniosłem go, na ile się dało, a on zaczął machać rękami. Rękawice na sznurku obijały mi się o twarz, tak, że musiałem zamknąć oczy.&lt;br /&gt;– Plose księdza, tutaj, hej hej – krzyczał i machał rękami.&lt;br /&gt;Postawiłem go na ziemi.&lt;br /&gt;– Dłużej nie dam rady. Ciężki jesteś. Księdza widziałeś? – zapytałem.&lt;br /&gt;– Miał takom, takom spicastom capke i laske w lenku. Machał mi lenko, o tak – uśmiechnął się do mnie i pokazał, jak mu pomachał św. Wojciech, patron Polski. A później zaczął przedzierać się wzdłuż ściany, pewnie w poszukiwaniu matki albo ojca, żeby opowiedzieć im o tym machaniu, o lasce i spicastej capce. Znów wspiąłem się na palce. Już szli poeci, na czele z Mickiewiczem. Więc zaraz będzie on, powinien już dojeżdżać do zakrętu.&lt;br /&gt;W tym momencie zwarty dotąd tłumek zaczął się rozstępować. Drobnym krokiem, patrząc uważnie pod nogi, szedł zakonnik. Dzieci dawały mu przejście, mrucząc z niezadowolenia. Zakonnik przeszedł przez widownię i zniknął za małymi drzwiami. Jeszcze jakieś błyski srebrne i złote, jeszcze jakieś anielskie, słodkie dźwięki, jeszcze coś szkarłatnego wyłoniło się z lewej... Chwilę później cudowny pochód zamarł. Kościuszko unosił właśnie szablę do góry, ale nie zdążył jej opuścić. Ojciec Pio pociągnął za sznurek, ale nie rozległ się już dźwięk dzwonka. Saneczkarze i narciarze zastygli w połowie stoku. Zgasła promienista aureola nad głową Dzieciątka. Kilka sekund ciszy, które pozwalają z wysokości marzeń szczęśliwie zejść na poziom rzeczywistości. Widzowie powoli, w ciężkim szuraniu relaksami wychodzili z kaplicy, żeby udać się na mszą albo do domu. Zrobiło się miejsce. Wtedy podszedłem do krawędzi szopki. Tak, był już prawie na zakręcie. Trzeba się było wychylić w lewo i zajrzeć pod archiwolty ze sklejki. Widać go było „z lewej strony”, od strony maszynerii. Stąd nie dało się jeszcze dostrzec malunku, zdobień, tylko druty, zębatki i metalowe przeguby, które wprawiały figurę w ruch. Jednak po dumnym konturze wąsów, barczystej sylwetce, po szabli można było poznać, że to Dziadek.&lt;br /&gt;– Nie idziesz na mszę? – zakonnik, po drodze z centrali sterowania wszechświatem, dotknął mojego ramienia.&lt;br /&gt;– Już idę, proszę brata.&lt;br /&gt;– Chodź, bo nie zdążysz pomóc się ubrać ojcu Anicetowi. Wiesz, jak nie lubi, gdy ministranci się spóźniają.&lt;br /&gt;– Już idę.&lt;br /&gt;Już idę. W tym roku, jako i w poprzednich latach, tak i zawsze. Amen.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a style="left: 0px ! important; top: 0px ! important;" title="Kliknij tutaj, aby zablokować ten obiekt" class="abp-objtab-004353709295813846 visible ontop" href="http://www.youtube.com/v/-tPum0j1LNc&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;/a&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/-tPum0j1LNc&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/-tPum0j1LNc&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-5245203139289926024?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/5245203139289926024/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=5245203139289926024' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/5245203139289926024'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/5245203139289926024'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2008/12/21-grudnia.html' title='* (21 grudnia)'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-3692887236437135039</id><published>2008-12-09T14:08:00.004-06:00</published><updated>2008-12-09T14:27:55.720-06:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Radio Cover'/><title type='text'>Radio Cover 2</title><content type='html'>Wykonanie kanoniczne&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/-Jgma--0WYU&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/-Jgma--0WYU&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;i nieco mniej kanoniczne&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/OCbuRA_D3KU&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/OCbuRA_D3KU&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-3692887236437135039?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/3692887236437135039/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=3692887236437135039' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/3692887236437135039'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/3692887236437135039'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2008/12/radio-cover-2.html' title='Radio Cover 2'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-2178327844358914459</id><published>2008-11-30T14:17:00.003-06:00</published><updated>2008-11-30T14:31:22.051-06:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='To wszystko'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Lektury'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Anderman'/><title type='text'>Lektury: Janusz Anderman, To wszystko</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/STL32tXjbMI/AAAAAAAAADA/SwcthxwqfAA/s1600-h/tAndermanDD.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 144px; height: 154px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/STL32tXjbMI/AAAAAAAAADA/SwcthxwqfAA/s320/tAndermanDD.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5274550632867654850" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;Wpisałem w gogle "Anderman" i mnie coś takiego wyszło.&lt;br /&gt;Bardzo się człowiek zmienił od ostatniego widzenia.&lt;br /&gt;Pewnie od nadmiaru myślenia.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szkoda czasu.&lt;br /&gt;Patenty na kompozycję fabularną, na głównego bohatera i na jego otoczenie - przekalkowane z poprzedniej powieści: "Cały czas".&lt;br /&gt;Wgląd w opisywaną rzeczywistość (Polska po '89) - kuriozalny. Dość powiedzieć, że główną siłą polityczną w Polsce jest (zdaniem bohatera tej powieści, a pewnie i samego Andermana) kościół. Dociska on swoim olbrzymim pantoflem naszą rzeczywistość do gleby, odetchnąć nie pozwala, bezprawnie odzyskuje ziemię, do której bierze dotacje z Unii Erłopejskiej, a ton życiu kościelnemu nadają nie mądrzy i uczeni księża, biskupi i kardynałowie, ale takie leppery w sutannach. Głębia analizy społecznej przyprawiała mnie momentami o napady czkawki. Dobrze, że nie cierpiałem w czasie lektury na biegunkę, bo bym się pewnie obsrał ze śmiechu.&lt;br /&gt;Momenty całkiem zabawne, ale rozwodnione w takiej fabularnej nudzie, w takiej szarej dłużyźnie, że trzeba dużego samozaparcia, żeby do nich się dokopać.&lt;br /&gt;I to już wszystko na temat tego wiekopomnego dzieła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS. Aha, jeszcze jedno. Jeśli ktoś jednak się zaprze i kupi - proszę uważać. Jest nakład w miękkiej oprawie. Ja się zagapiłem i kupiłem w twardej. Dodatkowa dycha w plecy. A mogłem kupić dzieciom dużą paczkę gumowych misiów.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-2178327844358914459?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/2178327844358914459/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=2178327844358914459' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/2178327844358914459'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/2178327844358914459'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2008/11/lektury-janusz-anderman-to-wszystko.html' title='Lektury: Janusz Anderman, To wszystko'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/STL32tXjbMI/AAAAAAAAADA/SwcthxwqfAA/s72-c/tAndermanDD.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-8749459967034114956</id><published>2008-11-27T14:18:00.002-06:00</published><updated>2008-11-27T14:22:15.073-06:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='alfonsy z dziennika'/><title type='text'>Gównojady z "Dziennika"</title><content type='html'>Chciałem się dowiedzieć, jaki był wynik meczu piłkarskiego, zajrzałem więc na dziennik . pl&lt;br /&gt;Otrzymałem stamtąd wieść treści tej:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Zobacz video&lt;br /&gt;Obejrzyj erotyczny show piłkarski&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="sectionArticleIntro"&gt;Podziw mężczyzn można wzbudzić na wiele sposobów. Eva Roob, była już piłkarka, teraz pewnie będzie miała jeszcze więcej wielbicieli wśród płci przeciwnej. Czemu? Otóż młoda Niemka postanowiła rzucić sport i zająć się czymś innym. Jako Samira Summer zamierza podbić przemysł porno. Zobaczcie jej erotyczny show i oceńcie sami, czy jej się uda".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zalew pornogówna jest już przerażający. Przecież na te strony zachodzą normalni ludzie, dzieci. Po co ich namawiać: obejrzyj porno z blond niemką? Skurwysyństwo zwykłe. "Dziennik" gazetą alfonsów!&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-8749459967034114956?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/8749459967034114956/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=8749459967034114956' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/8749459967034114956'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/8749459967034114956'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2008/11/gwnojady-z-dziennika.html' title='Gównojady z &quot;Dziennika&quot;'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-2732231822137591954</id><published>2008-11-25T11:12:00.005-06:00</published><updated>2008-11-25T11:23:43.509-06:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='TW „Bolek”'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Walesa'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sprawa Lecha Wałęsy'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Lektury'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Wałęsa'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='TW Bolek'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Cenckiewicz'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Bolek'/><title type='text'>Lektury: Sławomir Cenckiewicz, Sprawa Lecha Wałęsy</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SSwzl63SOkI/AAAAAAAAAC4/Tu6KGW2ixj8/s1600-h/n408.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 288px; height: 228px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SSwzl63SOkI/AAAAAAAAAC4/Tu6KGW2ixj8/s320/n408.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5272645990293322306" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;Pan Phmieh, o któhym nic nie ma w książce Cenckiewicza,&lt;br /&gt;ale któhy jest bahdzo ładny na tym zdjęciu&lt;br /&gt;i któhy ładnie mówi&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Nie mam wprawy w lekturze publikacji historycznych. Czytam je jednak z uporem maniaka, a to z trzech powodów: bo lubię wiedzieć więcej (szczególnie na interesujące mnie tematy, jak najnowsza historia Polski), bo uważam, że to mój zasrany yntelygencki obowiązek, bo interesuje mnie, jak z dokumentami radzą sobie ludzie o innym wykształceniu (historycy na ten przykład). Ponieważ o Cenckiewiczu słyszałem sporo i miałem na podstawie zasłyszanego zdanie dobre, książkę wydaną przez „Zysk” nabyłem bez żalu i przeczytałem z miłą chęcią. Mimo mojego niehistorycznego ukształtowania, mimo drętwego języka pracy i mielizn kompozycyjnych (publikacja miała być skrótem „SB a Lecz Wałęsa”, skrótem przystępnym dla przeciętnego czytelnika, okazuje się jednak nadal książką trudną) – dobrnąłem z pożytkiem do końca.&lt;br /&gt;Bez wątpienia sporo można się z ostatniej publikacji Cenckiewicza dowiedzieć o opozycji w latach ’70 i ’80. Niby wszystko już wiadomo i opisane jest dokładnie, ale studium konkretnego przypadku pozwala dotknąć tych spraw, poczuć je, a nie tylko poczuć się poinformowanym. Choćby sprawa formowania się związków na Wybrzeżu (Borusewicz, Gwiazdowie, Wyszkowski). Notki podręcznikowe nie oddają temperatury tego czasu, tego, że w gruncie rzeczy była to straceńcza inicjatywa, bo absolutnie marginalna, prowadzona w wąskim gronie, w poczuciu ciągłego zagrożenia. Ponieważ jestem w piśmiennictwie historycznym absolutnym lajkonikiem, pewnie zdziwi kogoś bardziej oczytanego moje zdumienie kwestią przebiegu strajku w sierpniu ’80. A ja się dziwię, bo dotąd znałem w zasadzie komentarze, w których Wałęsa był absolutnym bohaterem tego wydarzenia. Cenckiewicz podkreśla, że Wałęsa próbował zakończyć strajk w najwygodniejszym dla (siebie? władzy?) momencie, a prawdziwa walka zaczęła się od akcji dwóch kobiet, z których jedna jest dziś przez Wałęsę uznawana za największego wroga. Tak, nie uświadamiałem sobie tego wcześniej, a moją inicjację w tę problematykę zawdzięczam właśnie autorowi „Sprawy Lecha Wałęsy”.&lt;br /&gt;Znalazłem w tej książce interesujące przyczynki do portretu ważnych postaci mojej młodości. Są smakowite fragmenty o Żeremku. Jest wreszcie relacja z zatylnych działań Jacka Kuronia. Taki prawy, taki wielki człowiek, a proponował wysadzić Wałęsę z siodła, grając na esbeckich papierach, propagując plotkę o agenturalnej działalności pierwszego przewodniczącego panny „S”.&lt;br /&gt;W sprawie najważniejszej – TW „Bolka” – tu mam zagwozdkę. Wałęsa może budzić (i we mnie budzi) po lekturze książki obrzydzenie. (Wskazywanie esbekom kumpli, którzy aktywnie przeciwstawili się władzy w grudniu ’70 – zwykłe tchórzostwo pana etatowego bohatera.) A podziw z kolei wzbudza subtelna gra służb. Muszę powiedzieć, że przez wiele lat miałem ich za przaśnych chamów, którzy potrafili tylko gnoić ludzi fizycznie. A tu nie! A tu odwrotnie! To byli naprawdę cwani, cyniczni, bezwzględni gracze. Z jednej strony robili wszystko, żeby Wałęsa został szefem „S”, z drugiej osłabiali równocześnie jego pozycję, kolportując prawdziwe i sfabrykowane informacje o jego działalności dla policji politycznej. Więc dla prostego człowieka – sprawy sprzeczne. Bo jak: jednocześnie go popierali i zwalczali? Wszystko ma jednak ręce i nogi. Na czele związku miał stać człowiek słaby, co chwiało samym związkiem. Z jednej strony dawała ta sytuacja szansę na kontrolowanie związkowych ruchów – z drugie zapewniała, że rzecz nie okrzepnie, że będzie słaba, zbyt słaba, jak na partię.&lt;br /&gt;I tu uwaga moja najważniejsza: przecież to wszystko się nie udało! Subtelne plany spaliły na panewce. Rzeczywiście – związek rządzony przez słabego, uwikłanego w zależności od SB szefa, którego tak łatwo można było obalić, ten związek zainicjował upadek imperium zła. Historia nie dzieje się więc na osnowie mechanizmów, które są w pełni inteligibilne (co za bełkot – przepraszam i proszę o wyrozumiałość); jest w niej miejsce na cud; a może na logos. Może Logos? Tak: Logos!&lt;br /&gt;To nie jest (jeśli ją tak czytać, w kontekście tego, gdzie jesteśmy teraz, w kontekście wielkich wydarzeń, o których Cenckiewicz na kartach „Sprawy” nie wspomina) książka o małości ludzkiej, ale o wielkości historii, którą rządzi Logos. Takie mam optymistyczne przekonanie.&lt;br /&gt;I jeszcze jedno. Książka może być czytana jako pamflet. Nie na Wałęsę jednak, lecz na ludzi, którzy służą złej sprawie celową nierzetelnością. Jak choćby sędzia, który wydał wyrok w sądzie lustracyjnym w sprawie „Bolka”. Bo tu potrzeba było celowego działania, żeby z czarne wybielić, i żeby z A zrobić Z.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-2732231822137591954?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/2732231822137591954/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=2732231822137591954' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/2732231822137591954'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/2732231822137591954'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2008/11/lektury-sawomir-cenckiewicz-sprawa.html' title='Lektury: Sławomir Cenckiewicz, Sprawa Lecha Wałęsy'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SSwzl63SOkI/AAAAAAAAAC4/Tu6KGW2ixj8/s72-c/n408.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-2538959042013115436</id><published>2008-11-19T09:34:00.005-06:00</published><updated>2008-11-19T09:47:58.654-06:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Norwid'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Dom świętego Kazimierza'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Paryż'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Czechowicz'/><title type='text'>Józef Czechowicz, Dom świętego Kazimierza</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SSQ0zkRRVrI/AAAAAAAAACQ/4QvxAmViscs/s1600-h/b328_1820pl6.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 258px; height: 320px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SSQ0zkRRVrI/AAAAAAAAACQ/4QvxAmViscs/s320/b328_1820pl6.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5270395524444411570" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spokojnie, miękko świeci chwila bez godziny,&lt;br /&gt;Twarz opada nad książką – rosa – może granat.&lt;br /&gt;Widzę, zawsze samotny, łuskę wód w złocie gliny;&lt;br /&gt;bór iskrzy się sosnami, patrz, gwiazda źródlana!&lt;br /&gt;gwiazda źródlana innych...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O wszystkie mosty Paryża serce się tłukło i tłukło –&lt;br /&gt;Brooklyn przydeptał ręce – spłynęły pasma krwi –&lt;br /&gt;Notre Dame we snach dygotała, zbliżała twarz wypukłą...&lt;br /&gt;Krzyknąć: „Polska!”–zbudzić się, powieki smutne odwinąć–&lt;br /&gt;mógł sen lat wielu minąć, ten także musi minąć&lt;br /&gt;zamknięte przytułku drzwi,&lt;br /&gt;zamknięte przytułku drzwi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poranek: płoty naprzeciw, szyn kolejowych plątowisko,&lt;br /&gt;dzwon gasnący z bliskiego kościoła wśród drzew,&lt;br /&gt;zakonnic śpiew, płacz dzieci – chyba już wszystko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie można chwiać się jak sosna pod gwiazdą –&lt;br /&gt;palce na piórze zwinięte cierpko, cierpiąco,&lt;br /&gt;grają niby na flecie naszą Syberję, nasz dom,&lt;br /&gt;gonią przed oczy śniadą ról naszych gorącość.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kraju bliski, tak bliski, że całujesz,&lt;br /&gt;że setką ludzi chodzisz od skroni do skroni,&lt;br /&gt;kraju, który bocianich gniazd żałujesz&lt;br /&gt;i chleba kruszyny nie ronisz...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Fabryki ciepło ryczą do pracy. Łzę płoszą zaranną.&lt;br /&gt;Nie można chwiać się jak sosna pod gwiazdą źródlaną,&lt;br /&gt;Naród czeka i nie wie,&lt;br /&gt;stoi w Adama głosie,&lt;br /&gt;sypia w Juljusza śpiewie.&lt;br /&gt;––––––––––––––&lt;br /&gt;(Przerwa przeczuwa finał. Ubogim karawanem&lt;br /&gt;za miasto – do Montmorency.&lt;br /&gt;Wsuwa się trumna w ulic cień od liści pstry.&lt;br /&gt;W deskach – czemu, czemu nie są z sosny? –&lt;br /&gt;palec srebrnym pierścionkiem, chudy i żałosny,&lt;br /&gt;uderza w sęki na wybojach –&lt;br /&gt;jedyna zbroja.&lt;br /&gt;A miasto – jeszcze mosty tętnią –&lt;br /&gt;przeczucie chłodne jak szyba wskazuje palcem tę drogę.&lt;br /&gt;Na wspólnej bratniej mogile wieńców nie będzie, nie zwiędną.&lt;br /&gt;Z Bogiem, prochu wielkości, z Bogiem...)&lt;br /&gt;––––––––––––––&lt;br /&gt;Południe przechodzi tędy. Śpieszy się na zachód.&lt;br /&gt;Zapominajcie, okna, o laurowym zapachu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;On jest słowo i ciało. Słowo jasne, ach, gołąb!&lt;br /&gt;Ciało ciężkie ku ziemi cięży ławom i stołom.&lt;br /&gt;On, gdy szyby tej celi zasłania Wielkie Oblicze&lt;br /&gt;wierszom daje imiona z kształtu, trudu, wyliczeń.&lt;br /&gt;Smugami tęczowemi wiją się zwitki papieru&lt;br /&gt;z niebieska smutne, łaskawe, lecz gorące,&lt;br /&gt;parzą i palą czoło, jak bryzgi eteru.&lt;br /&gt;Wychodzą niespodziewane strofy,&lt;br /&gt;wołają, podnosząc dłonie:&lt;br /&gt;„chaosu dosyć!”&lt;br /&gt;„linja! koło! koniec!”&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zrywają się – pamiętasz konie&lt;br /&gt;na antycznym łuku wspinające się, prychające bronzem?&lt;br /&gt;Na bruku milczenie spadają&lt;br /&gt;– także na wieńców i wstąg –&lt;br /&gt;i leżą na kamieniach wkrąg&lt;br /&gt;orły piorunami pobite.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Myśli&lt;br /&gt;ładu i spękanych rąk&lt;br /&gt;korabiami na falach niebieskawych kartek.&lt;br /&gt;Jakże daleko stąd,&lt;br /&gt;jak daleko od lat osiemdziesiątych&lt;br /&gt;są źrenice na Paryż otwarte!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bywa, że pośród czadu czarnych lokomotyw,&lt;br /&gt;gdy ludzie chcą skierować linję bardzo prosto,&lt;br /&gt;serafin schodzi z chmury, trzepocąc jak motyl&lt;br /&gt;pomagać dłoniom, pierwszym aniołowym siostrom.&lt;br /&gt;Pisząc na stołku, w słońcu, które ciosa izbę&lt;br /&gt;ustaną palce, także siostry serafinów,&lt;br /&gt;palce rozprute marzeniem, ociekające przez liczbę,&lt;br /&gt;ku dołom rozkopanym, ku złocistym glinom,&lt;br /&gt;linją inną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ach, patrz, duch puścił szynę na gwoździe i szpały,&lt;br /&gt;duch w skrzydłach jęczy, znagła taje w atmosferze.&lt;br /&gt;Przy dzwonie – rękopisy Polskę obsiewały –&lt;br /&gt;kto anioła wyzwolił z obłoku – sam nie żył.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spokojnie, miękko świeci chwila bez godziny&lt;br /&gt;ostrzą się na kamieniu zórz lotki jaskółkom.&lt;br /&gt;Bramo przytułku, okna przytułku –&lt;br /&gt;tej nocy łuski Sekwany zabrzękną:&lt;br /&gt;„Norwid...”&lt;br /&gt;Brzęk wszerz niemieckiej krainy&lt;br /&gt;do Wisły doleci,&lt;br /&gt;a tam – struny w fortepianach pękną...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Zet” 1 (1932), nr 13 [1 października 1932], s. 3.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-2538959042013115436?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/2538959042013115436/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=2538959042013115436' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/2538959042013115436'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/2538959042013115436'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2008/11/jzef-czechowicz-dom-witego-kazimierza.html' title='Józef Czechowicz, Dom świętego Kazimierza'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SSQ0zkRRVrI/AAAAAAAAACQ/4QvxAmViscs/s72-c/b328_1820pl6.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-6635906426435245560</id><published>2008-11-17T14:33:00.002-06:00</published><updated>2008-11-17T14:38:49.993-06:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Radio Cover'/><title type='text'>Radio Cover 1</title><content type='html'>klasyk Herbiego Hancocka&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/JYDH0ZGoo_M&amp;hl=pl&amp;fs=1"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/JYDH0ZGoo_M&amp;hl=pl&amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;i Mongo Santamaria&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/vjJaH40rArU&amp;hl=pl&amp;fs=1"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/vjJaH40rArU&amp;hl=pl&amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-6635906426435245560?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/6635906426435245560/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=6635906426435245560' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/6635906426435245560'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/6635906426435245560'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2008/11/radio-cover-1.html' title='Radio Cover 1'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-8115789128616001862</id><published>2008-11-17T14:07:00.005-06:00</published><updated>2008-11-17T14:14:24.240-06:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Zywina'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Lektury'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Ziemkiewicz'/><title type='text'>Lektury: Rafał Ziemkiewicz, Żywina</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SSHPhNh9rFI/AAAAAAAAABw/qFQhBdCdrXQ/s1600-h/48771_1193697914_e6df_p.jpeg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 200px; height: 150px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SSHPhNh9rFI/AAAAAAAAABw/qFQhBdCdrXQ/s200/48771_1193697914_e6df_p.jpeg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5269721208474938450" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style=";font-family:georgia;font-size:78%;"  &gt;Rafał Ziemkiewicz w otoczeniu studentki z KUL-u&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: georgia; text-align: left;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:worddocument&gt;   &lt;w:view&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:hyphenationzone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:punctuationkerning/&gt;   &lt;w:validateagainstschemas/&gt;   &lt;w:saveifxmlinvalid&gt;false&lt;/w:SaveIfXMLInvalid&gt;   &lt;w:ignoremixedcontent&gt;false&lt;/w:IgnoreMixedContent&gt;   &lt;w:alwaysshowplaceholdertext&gt;false&lt;/w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;   &lt;w:compatibility&gt;    &lt;w:breakwrappedtables/&gt;    &lt;w:snaptogridincell/&gt;    &lt;w:wraptextwithpunct/&gt;    &lt;w:useasianbreakrules/&gt;    &lt;w:dontgrowautofit/&gt;   &lt;/w:Compatibility&gt;   &lt;w:browserlevel&gt;MicrosoftInternetExplorer4&lt;/w:BrowserLevel&gt;  &lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:latentstyles deflockedstate="false" latentstylecount="156"&gt;  &lt;/w:LatentStyles&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;style&gt; &lt;!--  /* Style Definitions */  p.MsoNormal, li.MsoNormal, div.MsoNormal  {mso-style-parent:"";  margin:0cm;  margin-bottom:.0001pt;  mso-pagination:widow-orphan;  font-size:12.0pt;  font-family:"Times New Roman";  mso-fareast-font-family:"Times New Roman";} p  {mso-margin-top-alt:auto;  margin-right:0cm;  mso-margin-bottom-alt:auto;  margin-left:0cm;  mso-pagination:widow-orphan;  font-size:12.0pt;  font-family:"Times New Roman";  mso-fareast-font-family:"Times New Roman";} @page Section1  {size:595.3pt 841.9pt;  margin:70.9pt 70.85pt 70.9pt 70.85pt;  mso-header-margin:35.45pt;  mso-footer-margin:35.45pt;  mso-paper-source:0;} div.Section1  {page:Section1;} --&gt; &lt;/style&gt;&lt;!--[if gte mso 10]&gt; &lt;style&gt;  /* Style Definitions */  table.MsoNormalTable  {mso-style-name:Standardowy;  mso-tstyle-rowband-size:0;  mso-tstyle-colband-size:0;  mso-style-noshow:yes;  mso-style-parent:"";  mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;  mso-para-margin:0cm;  mso-para-margin-bottom:.0001pt;  mso-pagination:widow-orphan;  font-size:10.0pt;  font-family:"Times New Roman";  mso-ansi-language:#0400;  mso-fareast-language:#0400;  mso-bidi-language:#0400;} &lt;/style&gt; &lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;o:shapedefaults ext="edit" spidmax="1026"&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;o:shapelayout ext="edit"&gt;   &lt;o:idmap ext="edit" data="1"&gt;  &lt;/o:shapelayout&gt;&lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="margin: 0cm 0cm 0.0001pt; line-height: 150%; font-family: georgia; text-align: left;"&gt;Kończąc lekturę &lt;i style=""&gt;Żywiny&lt;/i&gt;, zastanawiałem się, czy nie narodził nam się w ubiegłym roku nowy schemat fabularny, schemat współczesnej powieści politycznej. Bohaterem jest w takiej prozie młody dziennikarz dużej warszawskiej gazety, osobnik inteligentny, kasiasty i hołdujący wyrafinowanym upodobaniom, a po godzinach niezły jebaka. Bohater taki dostępuje szczególnej inicjacji: zdziera ze świata politurę trzeciorzeczpospolitości, a spod tej politury zaczyna świecić coraz wyraźniej świński ryj polactwa. Rzecz nie tylko jednak w kreacji głównej postaci, nie tylko w zasadach określających świat przedstawiony. Sercem tego schematu byłby pewien mit: gdzieś pod przysłowiową Łomżą są jeszcze prawi ludzie, na prowincji są zdrowe zasoby polskiego ducha; one pomogą nam się otrząsnąć ze strasznego trzeciorzeczpospolitego koszmaru.&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="margin: 0cm 0cm 0.0001pt; line-height: 150%; font-family: georgia; text-align: left;"&gt;Tak pisał swoją &lt;i style=""&gt;Dolinę&lt;/i&gt; Wildstein. Tak została też napisana Ziemkiewiczowska &lt;i style=""&gt;Żywina&lt;/i&gt;. Mimo że Ziemkiewicz jest bardziej wiarygodny (przede wszystkim jako wyraziciel tego mitu ocalającej prowincji, a jest wyrazicielem bardziej wiarygodnym, bo nie omieszkał rozbudować swych uwag o odświętnym tylko charakterze manifestacji tej prowincjonalnej prawości), mimo że jest sprawniejszym pisarzem (o czym świadczy zakończenie &lt;i style=""&gt;Żywiny&lt;/i&gt;, niby podobne do zakończenia &lt;i style=""&gt;Doliny nicości&lt;/i&gt;, ale jakieś takie bardziej ludzkie) – mimo tego książka Ziemkiewicza skazana jest na wtórność. Po prostu – to już wszystko było. U Wildsteina, w Szczepana Twardocha &lt;i style=""&gt;Przemienieniu&lt;/i&gt;... A jeszcze jak się zna Ziemkiewicza publicystykę i eseistykę... Czytając &lt;i style=""&gt;Żywinę&lt;/i&gt;, jeśli się czyta również to, co wychodzi na bieżąco w różnych wydawnictwach, można w zasadzie przewidzieć większość elementów tej literackiej układanki. Dobra książka, dobrze napisana. Cóż z tego, kiedy kolejna (przynajmniej druga) w serii. Cóż z tego, że lepsza niż powieść Wildsteina. Druga! Może Ziemkiewicz za długo ją pichcił – nie wiem. W każdym razie, mimo wielu zalet, książka wtórna.&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="margin: 0cm 0cm 0.0001pt; line-height: 150%; font-family: georgia; text-align: left;"&gt;Przy okazji: czytając &lt;i style=""&gt;Żywinę&lt;/i&gt;, przypomniałem sobie &lt;i style=""&gt;Cudowną melinę&lt;/i&gt; Orłosia. Jeśli tak czytać Ziemkiewicza, jako kogoś dopisującego ciąg dalszy do &lt;i style=""&gt;Meliny&lt;/i&gt;, to ciarki przechodzą po plecach. Bo wychodzi na to, że mechanizmy zarządzania cudowną meliną wydoskonaliły się, a meliniarze stali się potężniejsi. I na to wychodzi, że prl trwa w najlepsze.&lt;/p&gt;&lt;p style="margin: 0cm 0cm 0.0001pt; line-height: 150%; font-family: georgia; text-align: left;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin: 0cm 0cm 0.0001pt; line-height: 150%; font-family: georgia; text-align: left;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin: 0cm 0cm 0.0001pt; line-height: 150%; font-family: georgia; text-align: left;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="margin: 0cm 0cm 0.0001pt; line-height: 150%; font-family: georgia; text-align: left;"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="margin: 0cm 0cm 0.0001pt; line-height: 150%; font-family: georgia; text-align: left;"&gt;A na koniec zapytam, i nie jest to pytanie retoryczne: tak w ogóle to skąd w publicystach warszawskich wiara w moc tych podprzemyskich czy okołołomżyńskich chutorów?&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-8115789128616001862?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/8115789128616001862/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=8115789128616001862' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/8115789128616001862'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/8115789128616001862'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2008/11/lektury-rafa-ziemkiewicz-ywina.html' title='Lektury: Rafał Ziemkiewicz, Żywina'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SSHPhNh9rFI/AAAAAAAAABw/qFQhBdCdrXQ/s72-c/48771_1193697914_e6df_p.jpeg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-7528085845241673083</id><published>2008-11-13T14:22:00.000-06:00</published><updated>2008-11-13T14:23:11.247-06:00</updated><title type='text'>Panu Premierowi Tuskowi Donaldowi...</title><content type='html'>...który dziś świętuje rocznicę swoich światłych rządów w Polsce - piosenka. Niech wie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/ceyayhU1HYY&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/ceyayhU1HYY&amp;amp;hl=pl&amp;amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-7528085845241673083?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/7528085845241673083/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=7528085845241673083' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/7528085845241673083'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/7528085845241673083'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2008/11/panu-premierowi-tuskowi-donaldowi_13.html' title='Panu Premierowi Tuskowi Donaldowi...'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-8800087958617095853</id><published>2008-11-13T13:32:00.003-06:00</published><updated>2008-11-13T13:53:09.971-06:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Wildstein'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Lektury'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Dolina nicości'/><title type='text'>Lektury: Bronisław Wildstein, Dolina nicości</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SRyFZEGSG6I/AAAAAAAAABo/dpmcpaQy0mI/s1600-h/wildstein.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 196px; height: 250px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SRyFZEGSG6I/AAAAAAAAABo/dpmcpaQy0mI/s400/wildstein.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5268232329759955874" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;Bronisław Wildstein jako czegewara&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie pamiętam, czy już o tej lekturze coś skrobnąłem, ale sprawa nie daje mi spokoju. Obiecałem sobie, że w tym blogu przynajmniej zasygnalizuję jakąś refleksję, jakieś wrażenie z każdej lektury. Dłuższy czas zaniedbywałem to, więc pora zacząć nadrabiać zaległości. Niech będzie, że pora na Wildsteina.&lt;br /&gt;Zgadzam się ze Sławusiem, który rzekł był kiedyś przy okazji czegoś innego, że książki ważne nie muszą być dobrze napisane. Książki ważne to książki prawdziwe prawdą autora, przetestowane jego sercem i umysłem. Tak jest z "Doliną nicości". Wildstein opisuje świat, który dobrze zna. Opisuje go z pasją, brutalnie, bo chyba tak rozumie zadanie literatury. Wildstein jest z tego pokolenia, które mocno wierzyło, że literatura ma przedstawić świat, wymierzyć mu sprawiedliwość. Chyba to właśnie jest ideowym fundamentem jego ostatniej książki.&lt;br /&gt;Nie potrafię jednak zrozumieć, czemu część krytyki (część związana z prasą, którą czytam) uważa tę prozę za świetną. Przecież uczciwość recenzencka wymaga, żeby zauważyć mankamenty, przede wszystkim publicystyczne ostrze tej powieści. To ostrze tnie głęboko i precyzyjnie, ale rzecz jest mocno doraźna. Brak tu bezinteresowności, która cechuje każde wybitne dzieło sztuki. Weźmy konstrukcję bohaterów. Wildstein każe im mówić tak długo, aż padną określone tezy. To wyraźnie różni jego dzieło choćby od Dukajowego "Lodu", którego bohaterowie gaworzą dotąd, aż uznają, że pora skończyć; sami uznają. Ujmując rzecz bardziej po ludzku: w "Lodzie" rządzą prawa lutych; w "Dolinie" rządzi temperament autora. Nie ma w tej książce głębszego oddechu, prozatorskiego zapomnienia się w świecie, pasji pisarza. Jest pasja inteligenta, który wymierza światu sprawiedliwość. To ważne, zgoda. Profesor Drewnowski przedstawił kiedyś wizję polskiej literatury powojennej jako pola zapisu z doświadczenia inteligencji. Ok, niech będzie, bardzo to jest konkretne. Wildstein się w to wpisuje świetnie. Jednak to stawia jego książkę na równi z ostatnimi artykułami Ziemkiewicza w "Rzepie".&lt;br /&gt;Czytając wywiad, którego Wildstein udzielił ostatnio "Frondzie", nie mam wątpliwości, że nie o to mu chodziło. On się uważa za świetnego pisarza. Pozwolę sobie mieć odmienne zdanie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-8800087958617095853?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/8800087958617095853/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=8800087958617095853' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/8800087958617095853'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/8800087958617095853'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2008/11/lektury-bronisaw-wildstein-dolina.html' title='Lektury: Bronisław Wildstein, Dolina nicości'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SRyFZEGSG6I/AAAAAAAAABo/dpmcpaQy0mI/s72-c/wildstein.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-3293664189463764595</id><published>2008-11-12T13:06:00.011-06:00</published><updated>2008-11-13T13:54:28.351-06:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Oskoła'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Czechowicz'/><title type='text'>Czy to jest wiersz Czechowicza?</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style=";font-family:georgia;font-size:100%;"  &gt;&lt;a style="color: rgb(0, 0, 0);" onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SRsriVacSmI/AAAAAAAAABg/lPtd0Od9784/s1600-h/czechowicz_male.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 161px; height: 250px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SRsriVacSmI/AAAAAAAAABg/lPtd0Od9784/s400/czechowicz_male.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5267852058003524194" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;style id="dynCom" type="text/css"&gt;-- --&gt;&lt;/style&gt;&lt;script language="JavaScript"&gt;&lt;!-- function msoCommentShow(anchor_id, com_id) {  if(msoBrowserCheck())    {   c = document.all(com_id);   a = document.all(anchor_id);   if (null != c &amp;&amp; null == c.length &amp;&amp; null != a &amp;&amp; null == a.length)    {    var cw = c.offsetWidth;    var ch = c.offsetHeight;    var aw = a.offsetWidth;    var ah = a.offsetHeight;    var x  = a.offsetLeft;    var y  = a.offsetTop;    var el = a;    while (el.tagName != "BODY")      {     el = el.offsetParent;     x = x + el.offsetLeft;     y = y + el.offsetTop;     }    var bw = document.body.clientWidth;    var bh = document.body.clientHeight;    var bsl = document.body.scrollLeft;    var bst = document.body.scrollTop;    if (x + cw + ah / 2 &gt; bw + bsl &amp;&amp; x + aw - ah / 2 - cw &gt;= bsl )      { c.style.left = x + aw - ah / 2 - cw; }    else      { c.style.left = x + ah / 2; }    if (y + ch + ah / 2 &gt; bh + bst &amp;&amp; y + ah / 2 - ch &gt;= bst )      { c.style.top = y + ah / 2 - ch; }    else      { c.style.top = y + ah / 2; }    c.style.visibility = "visible"; } } } function msoCommentHide(com_id)  {  if(msoBrowserCheck())   {   c = document.all(com_id);   if (null != c &amp;&amp; null == c.length)   {   c.style.visibility = "hidden";   c.style.left = -1000;   c.style.top = -1000;   } }  } function msoBrowserCheck() {  ms = navigator.appVersion.indexOf("MSIE");  vers = navigator.appVersion.substring(ms + 5, ms + 6);  ie4 = (ms &gt; 0) &amp;&amp; (parseInt(vers) &gt;= 4);  return ie4; } if (msoBrowserCheck()) {  document.styleSheets.dynCom.addRule(".msocomanchor","background: infobackground");  document.styleSheets.dynCom.addRule(".msocomoff","display: none");  document.styleSheets.dynCom.addRule(".msocomtxt","visibility: hidden");  document.styleSheets.dynCom.addRule(".msocomtxt","position: absolute");  document.styleSheets.dynCom.addRule(".msocomtxt","top: -1000");  document.styleSheets.dynCom.addRule(".msocomtxt","left: -1000");  document.styleSheets.dynCom.addRule(".msocomtxt","width: 33%");  document.styleSheets.dynCom.addRule(".msocomtxt","background: infobackground");  document.styleSheets.dynCom.addRule(".msocomtxt","color: infotext");  document.styleSheets.dynCom.addRule(".msocomtxt","border-top: 1pt solid threedlightshadow");  document.styleSheets.dynCom.addRule(".msocomtxt","border-right: 2pt solid threedshadow");  document.styleSheets.dynCom.addRule(".msocomtxt","border-bottom: 2pt solid threedshadow");  document.styleSheets.dynCom.addRule(".msocomtxt","border-left: 1pt solid threedlightshadow");  document.styleSheets.dynCom.addRule(".msocomtxt","padding: 3pt 3pt 3pt 3pt");  document.styleSheets.dynCom.addRule(".msocomtxt","z-index: 100"); } // --&gt;&lt;/script&gt;&lt;!--[endif]--&gt;&lt;style&gt; &lt;!--  /* Style Definitions */  p.MsoNormal, li.MsoNormal, div.MsoNormal  {mso-style-parent:"";  margin:0cm;  margin-bottom:.0001pt;  mso-pagination:widow-orphan;  font-size:12.0pt;  font-family:"Times New Roman";  mso-fareast-font-family:"Times New Roman";} p.MsoCommentText, li.MsoCommentText, div.MsoCommentText  {mso-style-noshow:yes;  margin:0cm;  margin-bottom:.0001pt;  mso-pagination:widow-orphan;  font-size:10.0pt;  font-family:"Times New Roman";  mso-fareast-font-family:"Times New Roman";} span.MsoCommentReference  {mso-style-noshow:yes;  mso-ansi-font-size:8.0pt;  mso-bidi-font-size:8.0pt;} @page Section1  {size:595.3pt 841.9pt;  margin:70.9pt 70.85pt 70.9pt 70.85pt;  mso-header-margin:35.45pt;  mso-footer-margin:35.45pt;  mso-paper-source:0;} div.Section1  {page:Section1;} --&gt; &lt;/style&gt;&lt;!--[if gte mso 10]&gt; &lt;style&gt;  /* Style Definitions */  table.MsoNormalTable  {mso-style-name:Standardowy;  mso-tstyle-rowband-size:0;  mso-tstyle-colband-size:0;  mso-style-noshow:yes;  mso-style-parent:"";  mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;  mso-para-margin:0cm;  mso-para-margin-bottom:.0001pt;  mso-pagination:widow-orphan;  font-size:10.0pt;  font-family:"Times New Roman";  mso-ansi-language:#0400;  mso-fareast-language:#0400;  mso-bidi-language:#0400;} &lt;/style&gt; &lt;![endif]--&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;Domniemany Wacław Oskoła&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;font-size:100%;"  &gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wacław Oskoła&lt;/span&gt;  &lt;p  style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;o:p&gt;&lt;br /&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p  style="color: rgb(0, 0, 0); font-weight: bold;font-family:georgia;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;O ŚMIERCI&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p  style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p  style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="text-align: right; font-style: italic; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;" align="right"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Józefowi Czechowiczowi poświęcam&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p  style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="margin-left: 42pt; text-indent: -42pt; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal"  style="margin-left: 42pt; text-indent: -42pt; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;W noc bladą, na błękitnych śniegach uśpioną, wiatr woła cichutko, woła, że zstępuje już chwila z gwiazd.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal"  style="margin-left: 42pt; text-indent: -42pt; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="margin-left: 42pt; text-indent: -42pt; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="margin-left: 42pt; text-indent: -42pt; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Patrz na tarcze złociste, za którymi chowa się życie; oczy napełnią jego światła gorejące jak ciemność.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="margin-left: 42pt; text-indent: -42pt; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Miecz ostry sam wchodzi rękojeścią w dłoń i wabi, i świeci, i woła.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="margin-left: 42pt; text-indent: -42pt; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Rzuć go jak kometę tego wieczoru, bo ty chcesz umrzeć.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="margin-left: 42pt; text-indent: -42pt; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;A teraz wieniec zmierzchowego kwiecia staje ci się granicą.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal"  style="margin-left: 42pt; text-indent: -42pt; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="margin-left: 42pt; text-indent: -42pt; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="margin-left: 42pt; text-indent: -42pt; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;To nic, że Styks jest płomienistym rozlewem, a Lete ciemnozieloną tajemnicą; przejdziesz, a każdy twój krok będzie miłosnym dla tych wód dotknięciem, pieszczotą miłującego wszystko.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal"  style="margin-left: 42pt; text-indent: -42pt; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;a style=""&gt;&lt;br /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal"  style="margin-left: 42pt; text-indent: -42pt; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;To nic, że lat kilka umierający twój cień będzie kołysał się nad mogiłą, niby ostu nasienie zaczepione o własny promyk.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="margin-left: 42pt; text-indent: -42pt; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Lata przeminą cicho w słotach i pogodach, w słodkiej melodii, która się nazywa: "wszystko mija".&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal"  style="margin-left: 42pt; text-indent: -42pt; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="margin-left: 42pt; text-indent: -42pt; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="margin-left: 42pt; text-indent: -42pt; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Będziesz patrzył niezamykającymi się oczyma spod rosochatej wierzbiny –&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="margin-left: 42pt; text-indent: -42pt; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Będziesz palił się na grobie błękitnym światełkiem w każdą noc zaduszną –&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="margin-left: 42pt; text-indent: -42pt; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Mimo ulewę, wichurę, zawieję –&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="margin-left: 42pt; text-indent: -42pt; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Gdy cmentarz zasypią nawałnice szeleszczących liści.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal"  style="margin-left: 42pt; text-indent: -42pt; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="margin-left: 42pt; text-indent: -42pt; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="margin-left: 42pt; text-indent: -42pt; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;A potem, razu pewnego wiosna dmuchnie – i ulecisz wolny.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal"  style="margin-left: 42pt; text-indent: -42pt; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal"  style="margin-left: 42pt; text-indent: -42pt; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal"  style="margin-left: 42pt; text-indent: -42pt; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p  style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;„Ziemia Lubelska” 1930, nr 282 (18 października), s. 3.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="font-family: georgia; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;&lt;div style=""&gt;&lt;div id="_com_3" class="msocomtxt" language="JavaScript" onmouseover="msoCommentShow('_anchor_3','_com_3')" onmouseout="msoCommentHide('_com_3')"&gt;&lt;!--[if !supportAnnotations]--&gt;&lt;/div&gt;  &lt;!--[endif]--&gt;&lt;/div&gt;  &lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-3293664189463764595?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/3293664189463764595/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=3293664189463764595' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/3293664189463764595'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/3293664189463764595'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2008/11/czy-to-jest-wiersz-czechowicza.html' title='Czy to jest wiersz Czechowicza?'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SRsriVacSmI/AAAAAAAAABg/lPtd0Od9784/s72-c/czechowicz_male.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-7030365524697865933</id><published>2008-08-20T10:45:00.014-05:00</published><updated>2008-08-20T11:56:01.888-05:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='masters of science fiction'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Seans'/><title type='text'>Seans: Masters of Science Fiction (ze spojlerami)</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SKxMMUI6V4I/AAAAAAAAABA/eD7xJ2CTjWA/s1600-h/0000040675_20070622172105.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://2.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SKxMMUI6V4I/AAAAAAAAABA/eD7xJ2CTjWA/s320/0000040675_20070622172105.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5236644241173272450" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;(Na zdjęciu fajna blondyna z "Jerry Was a Man")&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Amerykańska, dość świeża produkcja telewizyjna warta (z jakiegoś powodu) uwagi. Szczegóły znaleźć można choćby w Wikipedii, więc najogólniej rzeknę i do oceny przejdę, tudzież do pomysła.&lt;br /&gt;Sześć czterdziestominutowych epizodów tej serii to ekranizacje sześciu opowiadań angolskich autorów sf. Jakim kryterium kierowali się producenci, wybierając te a nie inne teksty - nie wiem, ale wychodzi z tego dość spójna opowieść o kwestiach dyskutowanych na łamach prasy (globalny konflikt, prawa człowieka dla nieludzi, miejsce "innych" w społeczeństwie, komputeryzacja różnych dziedzin życia, bezpieczeństwo w rękach maszyn... takie tam). Wizja świata jest oczywiście straszna, przerażająca, ale mnie też deczko śmieszyła. Bo tak:&lt;br /&gt;1) Kto jest winny nuklearnej zagładzie? Prezydent US (prywatnie wariat), ściśle powiązany z koncernami zbrojeniowymi. (A Clean Escape)&lt;br /&gt;2) Dlaczego świat staje na krawędzi nuklearnej zagłady? Bo prezydent US nie rozumie obcych kultur, a z tej ignorancji rodzi się jego obawa wobec dążących wszelkimi siłami do pokoju prezydentów Chin i Rosji. (The Awakening)&lt;br /&gt;3) Kim jest (po przemianie) główna bohaterka trzeciego epizodu? Bojowniczką o wolność robotów, odzianą w beret z gwiazdą i koszulkę z czegewarą, medytującą pod posążkiem buddy i w oparach kadzidełek. (Jerry Was a Man) (Tu ciekawostka: w sądzie robotowi przed złożeniem zeznań każe się przysięgać na Boga, którego woźny sądowy nazywa wszystkimi nazwami własnymi, jakie zapewne można skojarzyć: od Allacha, przez indiańską tatankę, do masońskiej najwyższej istoty).&lt;br /&gt;4) Kto jest odpowiedzialny za śmierć niewinnych ludzi w US? Pracownicy prezydenckiej administracji, chcący grać bogów, w sposób przestępczy kierujący badaniami naukowców i wykorzystaniem wyników tych badań. (Watchbird) (Druga ciekawostka: płacze szef korporacji zbrojeniowej, że watchbirdy wymknęły się spod kontroli i zabijają niewinnych ludzi, lekarza dokonującego aborcję czy męża "asystującego" przy eutanazji chorej żony).&lt;br /&gt;Wszystko ocieka politpoprawnością. Ślub na statku wyrzutków zawierany jest między trzema osobnikami: dwoma męskimi i jednym żeńskim.&lt;br /&gt;W świecie "Masters of SciFi" nie ma niczego, co mogłoby nieprzyjemnie zaskoczyć uważnych czytelników Gazety Aborczej, pilnych czytelników esejów Cezarego M. czy Sławomira S. Może nawet trzeba by to kupić, drogie panowie i drodzy panie z "Krytyki", może by trzeba kupić i wydać na diwidi jako bonus do najnowszego numeru kwartalnika. A tytuł tego kwartalnika jaki by mógł być? Bo ja wiem... A choćby i "Z Cze w zaświaty i dalej". Kupić, wytłoczyć, zafoliować i wysłać w świat.&lt;br /&gt;Produkcja niskobudżetowa, więc efekty i kostiumy lokują "Mastersów" w słodkiej erze między czarno-białymi filmami sf z początku lat pięćdziesiątych a pierwszymi startrekami. Tylko obraz lepszy.&lt;br /&gt;Jednak rzecz nie jest pozbawiona uroku. Czasami ("A Clean Escape" i "The Discarded") ratuje film gra aktorska, niekiedy niegłupie teksty i problemy ("Jerry Was a Man" - ale to zasługa autora opowiadania, mistrza Heinleina), czasami jeszcze coś innego (nuda faceta, który w wakacje zalepi sobie czas taką filmową gumą do żucia). Tak o tym myślałem i pomyślałem: a może by tak u nas taka seria, na podstawie najlepszych polskich opowiadań fantastycznych... He?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS. Tzw. narratorem jest w tej serii Stephen "Czarna Dziura" Hawking. Co odcinek emitowany jest trzyzdaniowy wstęp (zawsze ten sam) "mówiony" przez syntezator mowy, a chyba w czterech odcinkach ten sam syntezator mówi jednozdaniową puentę na zakończenie. Jak kiedyś będę profesorem, też gawiedź będzie mi płaciła ciężką kasę za przygłupie puenty nt. różnych narracji. Taki mam cel!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-7030365524697865933?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/7030365524697865933/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=7030365524697865933' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/7030365524697865933'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/7030365524697865933'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2008/08/seans-masters-of-science-fiction-ze.html' title='Seans: Masters of Science Fiction (ze spojlerami)'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SKxMMUI6V4I/AAAAAAAAABA/eD7xJ2CTjWA/s72-c/0000040675_20070622172105.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-6148830070551764316</id><published>2008-05-30T06:14:00.006-05:00</published><updated>2008-05-30T06:43:08.732-05:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Lektury'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Wolski'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Twardoch'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Przemienienie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Noblista'/><title type='text'>Twardoch vs Wolski</title><content type='html'>Od dłuższego czasu nosiłem się z zamiarem napisania o Szczepana "Przemienieniu". Obiecywałem sobie, ze przeczytam rzecz powtórnie, bo blog prywatny i pseudonimowany, ale na nierzetelność to nie pozwala. Jak zwykle - nawał zajęć nie pozwolił, więc sprawę po raz kolejny zdaję z wrażeń, nie z namysłu wielogodzinnego.&lt;br /&gt;Świetnie się Szczepana nową książkę czyta. Żona ma zarwała przez "Przemienienie" noc; nie zasnęła, dopóki rzeczy nie skończyła. Świetnie wyważone proporcje warstw: historycznej, obyczajowej, sensacyjnej, lekka fraza, bez dostrzegalnych dla mnie mielizn stylistycznych - wszystko to daje świetny szkielet dla generalnej idei lansowanej przez Szczepana, dla takiej wizji świata, w której komunistyczny aparat opresji działa w wolnej Polsce po '89 roku nadal, i to działa skutecznie. Bohaterowie żywi, wiarygodni, fabuła wielowarstwowa i prowokująca do dyskusji. Weźmy taką rzecz: główny bohater odsłuchuje w tajemnicy taśmę, na której jego mentor, wytrawny oficer bezpieki konwersuje poufale z przekabaconym na stronę wroga dostojnikiem kościelnym. Biskup i ubek porozumiewają się w sposób niepozostawiający złudzeń, że są członkami jakiejścich masońskiej struktury. Ten slang, te patenty na świat... Ale, ale... znajomy profesor, któremu dałem książkę do przeczytania (ciekawostka, człowiek czytający raczej XIX-wieczną poezję niż takie fabuły, a czytający z upodobaniem i znawstwem, on, podobnie jak moja żona - książkę po prostu łyknął), mówi, że ta masońska teza jest przesadzona, odbiera całej fabule mozolnie budowaną wiarygodność. Tylko, ja się pytam, czy to nie jest tak, że masoński sztafaż to tu po prostu sidła na hierarchę? Czy to nie jest (prawda) głębszy, jednak wciąż nie najgłębszy poziom gry, zmagań o Polskę, w której ubek dyktował warunki? Jest się o co spierać, choć to tylko detal w powieści.&lt;br /&gt;To książka popularna, dla mas, to Isakowicz dla ludzi łaknących raczej fabuł niż głębokich analiz - i właśnie dlatego książka Szczepana ma ogromną siłę rażenia, większą niż książki Grossa czy Cenckiewicza, większą niż elaboraty Michnika czy eseje Wildsteina.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na tym tle wychwalany w Rzepie i GaPolu "Noblista" Wolskiego to jakas literacka masakra. Wiarygodnośc postaci - zerowa. Dorotka, dziewczyna gwałcona przez lata przez ojca, odmawia bohaterowi prawa do penetracji, ale z zapałem upuszcza z niego spermę systemem francuskim, a podczas orgazmu w uniesieniu krzyczy: "nie przestawaj, tato!" czy jakoś tak. Po prostu zażenowanie moje wyobraźnią autora jest powalające. Niektóre zdania Wolskiego (zwłaszcza te, które odwzorowują myśli bohatera) straszą publicystyczną manierą. To ona tak myśli? W końcu - błędy najcięższe, cięższe niż te przeciw wiarygodności, dobremu smakowi czy stylowi: przeciw dobrej robocie opowiadacza po prostu. Kto jest w Polsce najpotężniejszy, potężniejszy niż ruscy agenci, niż prywatna armia rekinów biznesu, niż policja, niż wywiad? Dwie starsze panie, wdowa po ubeku i podstarzała była esbeczka. Sorry, autorze drogi, nie kupuję.&lt;br /&gt;Rozumiem, że cel słuszny. Jednak wykonanie znamionuje jakąś taką zabójczą dla autora pogardę dla mnie. A skoro tak - na uśmiech się zdobywam, gdy półkę z książkami pana Marcina w empiku mijam.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-6148830070551764316?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/6148830070551764316/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=6148830070551764316' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/6148830070551764316'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/6148830070551764316'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2008/05/twardoch-vs-wolski.html' title='Twardoch vs Wolski'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-7531537949149753145</id><published>2008-05-22T12:39:00.002-05:00</published><updated>2008-05-22T12:40:10.279-05:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Podróż'/><title type='text'>Pielgrzymka do J. (3)</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SDWv6qwAeKI/AAAAAAAAAA4/bB9nzcLv-5M/s1600-h/Izrael+094.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://2.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SDWv6qwAeKI/AAAAAAAAAA4/bB9nzcLv-5M/s400/Izrael+094.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5203258366939396258" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt; &lt;p class="MsoNormal"&gt;Pora na jakieś próby pochwycenia wrażeń w słowa do źródeł wrażeń kierujące. Jednak najpierw o ramach doświadczenia, najpierw o tym, co określiło moje postrzeganie Ziemi Świętej. Słowo! To było słowo.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Spotkałem Panzerfischa, idziemy wschodniojerozolimską ulicą&lt;span style=""&gt;  &lt;/span&gt;rozmawiamy o różnych sprawach.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;- Wiesz, czuję się tu katechizowany – odkrywam się w końcu przed Panzerfischem.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;- Ziemia, ziemia cię katechizuje, prawda?&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;- Nie, nie ziemia. To znaczy, ziemia też, ale w pierwszym rzędzie słowo. Wiesz, mamy tu dobrego księdza. Takiego prawdziwego księdza. Wierzącego, normalnego, ludzkiego księdza. I on nas katechizuje prostym słowem.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Tak później myślałem, kiedy taka akcja jest możliwa i przypomniałem sobie rozmowę dawną z Wieśkiem, było nie było: fachowcem od kaznodziejstwa (w jego klasycznej formie), a przy okazji dobrym katolem. Wiesiek mi mówił, że skuteczne słowo kapłana jest wtedy, gdy jest blisko Słowa Boga. Więc to musiało tak być. Siedzieliśmy hipnotyzowani przez „naszego” księdza, słuchaliśmy jak zauroczeni. Różni byliśmy. Ja, może nieco wykształcony, T. – kobieta po przejściach, szukająca zapomnienia w alkoholu i przygodach z mężczyznami, siedziała stara baba, która życie spędziła na dojeniu krów, a teraz ma już wszystkiego dość, urzędnicy siedzieli ze średniej wielkości miasta na Mazowszu, siedzieliśmy i słuchaliśmy – różni byliśmy, a wszyscy ufaliśmy jego słowom. Później wracaliśmy do swoich spraw i wtedy uświadamiałem sobie, że ten ksiądz nie mówił niczego rewolucyjnego. Proste sprawy. Ale słuchaliśmy go z zapartym oddechem. T. (osoba zdecydowanie letnia religijnie) mówiła mi po powrocie, że ciągle go pamięta, że pojechałaby z nim jeszcze raz. Więc to pewnie prawda, co twierdził Wiesiek. Uroda, magnetyzm słów księdza – to brało się z zakorzenienia ich w Słowie. W gółownej mierze dzięki temu właśnie podróż do J. była pielgrzymką, podróżą wierzącego. Taka właśnie była.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;No więc w takich ramach tam się poruszałem – nie ukrywam. Może to komuś posłużyć do krytyki tego, co tu teraz napiszę. Niech posłuży. Uśmiech na drogę krytykom ze szkoły podejrzeń. Pewność jest moja.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Taka pierwsza obserwacja jest. Jechałem, spodziewając się, że zobaczę ziemię związaną z Jezusem. Zobaczyłem. I poraziła mnie pewność, z jaką pokazuje się miejsca, które pamiętają Ciało Pana. Wiara to w Ziemi Świętej jest pewność. Pewniejsza niż to, że jutro znów zaświeci słońce.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Nad Jeziorem Genezaret schody, o których archeolodzy twierdzą, że są „przynajmniej z przełomu er”. Te schody – tuż obok Kafarnaum, nieopodal domu Piotra, w którym Jezus żył trzy lata, nauczał w synagodze czarnej trzy lata. I tuż nad tymi schodami skała. Po śmierci Jezusa Piotr wypływa z przyjaciółmi na bezowocny połów. Nagle widzą na tej skale jakąś postać i&lt;span style=""&gt;  &lt;/span&gt;ta postać kieruje ich ku miejscu, w którym ich sieci napełniają się. Piotr rozpoznaje Mistrza. Gdy docierają do brzegu, tam dymi już ognisko, Jezus przygotował im tam posiłek. Na TEJ skale. Mensa Christi.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Bazylika Grobu Pańskiego. Tuż za wejściem różowa skała, niska, płaska. To na TEJ skale złożono ciało Jezusa po zdjęciu z Krzyża. Codziennie mnisi nacierają tę skałę olejkiem nardowym. Tłumy ludzi klękających przy tej skale, całujących ją, przytulających się do niej, płaczących, kłaniających się. Oni wiedzą, a ja z nimi wiem i wierze, że to prawdziwie TA skała jest.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Dom Kajfasza. Tu ciemnica. Pokazują nam starożytną cysternę. Jeśli gdzieś miano by Jezusa przetrzymywać, to TUTAJ właśnie. Na białożółtych ścianach odciśnięta rdzawa sylwetka, jakby modląca się czy rozpaczająca. Tu trwoga, tu konanie odcisnęło się na ścianie cysterny. Wierzę, więc klękam.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Podczas całej tej pielgrzymki nigdy najmniejszej wątpliwości. Tak, oliwki w Getsemani mają tylko 1 000 lat, nie 2 000. Tak, Via Dolorosa być może różni się trochę od tej, którą rzeczywiście szedł Jezus. Ale to tutaj. Ostatecznie nie mam żadnej wątpliwości, że to TO, że to TUTAJ. Wszystkie te detale na mojej drodze uznaję za rzeczywistych świadków. Wierzę. To jest ziemia wiary. Niezachwianej.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Co mnie zdumiało, to pewność, z jaką przekazuje się informacje o tradycji niekanonicznej. Ain Karem. Miejsce związane ze św. Elżbietą. Kościół nawiedzenia. W kaplicy na dole pokazuje się kamień związany ze św. Janem Chrzcicielem. Bo tak: jeśli Herod nakazał uśmiercić wszystkie dzieci, to również Jana Chrzciciela, równolatka (prawie) Jezusa miał dotknąć ten los. A przeżył. Dlaczego? Bo gdy Herodowi siepacze przyszli w to miejsce, św. Elżbieta ukryła Jana za TYM właśnie kamieniem, który stoi w tej kaplicy teraz, po prawej, jak się wchodzi. I więcej jest jeszcze miejsc, w których z dużą pewnością mówi się o tradycji poświadczonej tylko w apokryfach. Więc i taka jest ta ziemia wiary.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;I na koniec jeszcze jeden aspekt. Wejście do Bazyliki Grobu; z lewej strony i z prawej strony wejścia po dwie półkolumny. Druga z lewej pęknięta na pół wzdłuż. To pamiątka po cudzie światła pewnego roku. Patriarcha wchodzi w wigilię paschalną do bazyliki, trzymając paschał. I przystają, i czekają tak długo, aż świeca się sama zapali. I zapala się zawsze. Sama. Ale pewnego roku ogień wypadł na zewnątrz i gruchnął w kolumnę. I rozłupał ją na pół. To TA kolumna. Prawosławni przystają przed nią. Kłaniają się jej, żegnają się, całują ją. A ja wierzę z nimi, że tak było, jest i będzie. Chyba że będzie koniec świata. Wówczas świeca się nie zapali.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-7531537949149753145?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/7531537949149753145/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=7531537949149753145' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/7531537949149753145'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/7531537949149753145'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2008/05/pielgrzymka-do-j-3.html' title='Pielgrzymka do J. (3)'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SDWv6qwAeKI/AAAAAAAAAA4/bB9nzcLv-5M/s72-c/Izrael+094.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-1039195601412179987</id><published>2008-05-12T15:10:00.004-05:00</published><updated>2008-05-12T15:33:14.855-05:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Podróż'/><title type='text'>Pielgrzymka do J. (2)</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SCioseXv0BI/AAAAAAAAAAw/76xGxot3PMM/s1600-h/Izrael+096.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://3.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SCioseXv0BI/AAAAAAAAAAw/76xGxot3PMM/s400/Izrael+096.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5199591251819614226" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pielgrzym nie wielbłąd i napić się musi. Na przykład piwa. Ale skąd wziąć piwo w dzielnicy muzułmańskiej? A tam przecież mieszkałem. Poszedłem do pierwszego sklepu. Arab mieli w garści różowe koraliki i słucha jakiejś pogańskiej pieśni z telewizji. Sory - rzekłem poganinowi - is der eny plejs in dis erja, łer i kud baj a bir. Not hir - odrzekł mnie arab - goł ferst strit to dze rajt, skond szop on dze left. Fatalnie mówi, z takim strasznym akcentem. Ale... Poniał dzieło - odparłem arabowi. Uśmiechnąłem się do araba i poszedłem zgodnie ze wskazówką. Przynajmniej tak mniemam. Ale nie znalazłem sklepu z piwem. Zamknięty był. Wróciłem do hotelu i napiłem się wody z kranu. To znaczy w hotelowym barku zamówiłem wodę, a obsługa nalała mi jej z kranu. Nie powiem, najpierw pół minuty spuszczali, żeby zimna była. Wypiłem, bo mientki nie jestem, i poszłem spać. "Poszłem" - nie "poszedłem", bo blisko miałem z lobi, z barku znaczy, do pokoju. Jakbym miał dalej - mówiłbym dłużej: "poszedłem".&lt;br /&gt;Następnego dnia poszłem (to niedaleko też) w drugą stronę tej dzielnicy i w poszukiwaniu piwa natknąłem się na naszego przewodnika. Mówię mu, że już dwa dni nie piłem piwa i chce mi się, a on na to, że zaprowadzi chętnie i pokaże. Sklep na górze ulicy Raszida. Sklep o wdzięcznej nazwie "Rockefeller Grocery". Czipsy, lody, jakieś cukierki... Stajemy przy ladzie. Przewodnik mruga do araba. Prawym okiem. Arab mu pokazuje, że zaraz zaraz, byle cicho i nie teraz, bo jakaś zakwefiona arabka kupuje dziecku loda. Dzieciak przebiera-wybiera, mnie suszy, ale czekam. W końcu babeczka płaci i wychodzi, a sprzedawca woła: "Ahmed!" - ale takie charakterystyczne to "H" - takie dźwięczne i w ogóle. Wchodzi i Ahmed i co? I lodówkę odsuwa. Kurcze, jak w filmie Barei normalnie. Odsuwa lodówkę, a za lodówką małe drzwi. Otwiera drzwi i wchodzimy do małej piwniczki. A tam - raj! Lodówki wypełnione piwem. Łyskacze, wódki, wina, brendy - tylko hurys (znów dźwięczne "H")  brak. Biorę, płacę, ewakuuję się. Pakują mi to w czarne, nieprzezroczyste torby foliowe. Wracam i staram się nie brzękać. Wracam w rytm zaśpiewów muezzina, bo to pora wieczornej modlitwy pogan. Wracam. Szczęśliwy. Dziś pójdę wcześniej spać.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-1039195601412179987?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/1039195601412179987/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=1039195601412179987' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/1039195601412179987'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/1039195601412179987'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2008/05/pielgrzymka-do-j-2.html' title='Pielgrzymka do J. (2)'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SCioseXv0BI/AAAAAAAAAAw/76xGxot3PMM/s72-c/Izrael+096.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-4994023429508791325</id><published>2008-05-10T14:51:00.006-05:00</published><updated>2008-05-10T15:16:47.537-05:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Podróż'/><title type='text'>Pielgrzymka do J. (1)</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SCYATDhQXMI/AAAAAAAAAAo/fNWXLaCvNe8/s1600-h/Izrael+280.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SCYATDhQXMI/AAAAAAAAAAo/fNWXLaCvNe8/s320/Izrael+280.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5198843147208121538" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Nie wiem, jak ugryźć to doświadczenie. Co do powiedzenia mam, zbyt osobiste jest (bo zbyt duchowe) albo bardzo odległe od istoty tego doświadczenia. Niech ten pierwszy wpis zacznie się więc nie od przygotowań podróży, nie od początku, ale od wspomnienia, które mocno zapadło mi w pamięć. Jest w tym powidoku coś charakterystycznego dla tego miejsca i dla mnie tam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To był chyba przedostatni dzień pielgrzymowania. Sterczałem na stopniach Miejsca, do którego męczyłem się tyle dni i nocy, nie mogąc teraz wejść do środka. Wszystko potoczyło się dokładnie tak, jak się obawiałem, i musiałem stać na zewnątrz. Mimo to czułem, że dotarłem do celu, byłem pełny. Patrzyłem na szeroko otwarte drzwi, za którymi święty mrok i srebro, i pachnąca skała. Setki ludzi przewalają się ze światłą w tę świętą noc, kolejne setki wychodzą ze świętej nocy na słoneczny, gorący rozgwar. Jeden z pielgrzymów nagle zatrzymał się na zewnątrz, zwrócił w stronę jednej kolumny w portalu (trzecia od lewej), zaczął ją całować i się jej kłaniać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy odszedł, nie moglem nie sprawdzić, co to. Zbliżyłem się do bramy i zauważyłem, że kolumna jest pęknięta. Rozłupana przez światło - tak mi wytłumaczono i tak wierzę, choć to nie moja tradycja.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ziemia, na której nie ma nieważnych miejsc, w której nikogo nie dziwią czyjeś łzy, pokłony, pocałunki. Ot, tak...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-4994023429508791325?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/4994023429508791325/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=4994023429508791325' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/4994023429508791325'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/4994023429508791325'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2008/05/pielgrzymka-do-j-1.html' title='Pielgrzymka do J. (1)'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_r9AcAOhuqCY/SCYATDhQXMI/AAAAAAAAAAo/fNWXLaCvNe8/s72-c/Izrael+280.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-8390467270644971419</id><published>2008-04-09T10:24:00.002-05:00</published><updated>2008-04-09T10:33:40.342-05:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Lungin'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Wyspa'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Łungin'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Ostrov'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Mamonow'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Seans'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Mamonov'/><title type='text'>Seans: Ostrov (reż. Paweł Łungin)</title><content type='html'>&lt;p class="MsoNormal"&gt;Stanowczo za długo zwlekałem z obejrzeniem „Wyspy”. Miałem już, a opóźniałem seans. Bałem się rozczarowania, bałem się, że balon pęknie przez FFznajomych napompowany achy echy wydechy (i zastrzeżenia też, ale współmyślące zastrzeżenia). Piękny film. Od razu trzeba było obejrzeć. Teraz syty byłbym i pewien sądów swych o „Wyspie”, a tak – o wrażeniach pisać wypada tylko.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Piękny film. Piękny, co znaczy: głęboko ludzki, prawdziwy prawdą najważniejszą, dobrze zrobiony (ładny), prosty i blaskiem monochromatycznym wysycony (ta ostatnia cecha, jak dla mnie, łączy „Wyspę” ze Zwiagincewa filmem równie pięknym „Powrót”).&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;No, jest to też film bardzo rosyjski, co muszę koniecznie powiedzieć. Napisać, znaczy się, muszę koniecznie napisać. A jest to film rosyjski, bo kategorią, która to wszystko, co się w filmie dzieje, która to wszystko spina, jest „sud’ba” – „los” chyba. Los, przeznaczenie. ¿Opatrzność? No nie wiem, ale na pewno – sud’ba. Mówię „los”, a wy słyszycie „sud’ba” na pierwszym planie i „Opatrzność” echem kolebiące się na planie drugim, dobrze? &lt;span style=""&gt; &lt;/span&gt;My tego nie mamy. Stąd problem. Może dlatego, że wiara w Bożą Opatrzność zaległa w kącie i kurz na niej osiada. (O kulturze piszę, nie o prywatnem życiu.)&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;No bo tak. Przychodzi do mnicha dziewczę, proszące o zgodę na „abort”. A on jej, że nie, bo jak? A ona na to: „A kto mnie zechce z dzieckiem?” „Ciebie i tak nikt nie zechce. Widzę to z twojej twarzy. A tak, to chociaż dziecko będziesz miała”. Ha, mnich, co los zna. No i jest on mistrzem w rozpoznaniu woli Bożej, ściślej – Bożego planu. To jest właśnie mądrość. Bo znać wydarzenia przyszłe to nie wszystko. Trzeba wiedzieć, po co je się zna. Taki przykład: widzi ojciec Anatolij (to on, ten mnich) pożar trawiący celę przeora (wybaczcie rimskie nazwy). Ale nie biegnie do przeora z ostrzeżeniem. Rzuca mu pod nogi (przed pożarem to czyni) opaloną głownię. Przeor oczywiście nie rozumie znaku, a Anatolij odmawia wykładni wprost. Jakby co, to nie ma powodu do wyrzutów: przecież ostrzegał. Ale dlaczego nie wprost? I tu clou się zasadza bądź też tkwi. Przeor nie rozumie znaku, więc i do pożaru dochodzi. Ogień trawi celę → przeor musi się gdzieś podziać. Idzie do Anatolija, obok niego śpi, z nim pracuje i modli się. Anatolij wykorzystuje tę sytuację i przeprowadza szczególny egzorcyzm. No właśnie. Pozwala przeorowi rozpoznać błąd, grzech, małą wiarę, pozwala mu ujrzeć, że nie może jeszcze przeor stanąć przed Panem, że musi odpowiedzieć pozytywnie, że musi usłyszeć najpierw wezwanie skierowane do niego też przecież, nie tylko do innych: „Metanoejte!” A nie słyszy. Usłyszał dzięki Anatolijowi.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Ale dar Anatolija ma granice. Okazuje się, że Anatolij nie wie wszystkiego o swoim własnym losie. On, który wie zwykle wszystko, pyta taką jedną dziewczynę, jak nazywa się jej ojciec. Nie wie? Nie może uwierzyć? U kresu drogi dobry Bóg postawi przed Anatolijem kogoś bardzo potrzebującego. Jeśli Anatolij, właśnie on, chyba tylko on, jeśli ten starik może temu komuś pomóc, to dlatego, że Ktoś pokierował tak a nie inaczej jego losem, że tak Anatolija posłał, by ten w końcu trafił na najbardziej potrzebującego, na problem, który tylko on rozwikłać może. I jeszcze ten Ktoś pozwoli Anatolijowi w wydarzeniu wspomnianym zobaczyć pewną prawdę. I Anatolij ją zobaczył. Na końcu filmu siedzi w mroku sam pod ścianą i patrzy przed siebie. On wie już. Wielkość tego filmu w tem się zasadza, że akurat tego, co Anatolij wie, my łopatologicznie nie dostajemy. Musimy popatrzeć jak on. W siebie. Zestawić wydarzenia, przemyśleć.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;No, ja przecież też nie będę łopatologicznie wykładał, o co chodzi. No, nie rozumiem, powiem wprost, o co chodzi. Jeszcze nie zobaczyłem tego wyraźnie. Ale jednak raczej o coś niż o nic chodzi.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;I jedno na koniec też. Nie wiem, czy można zrobić lepszy film o modlitwie. Chyba nie. „Faustyna” czy „Karol, człowiek który został papieżem” (plus sequel), to przy „Wyspie” grafomania religijna. Patrzę, jak Anatolij z Wanieczką modlą się o uzdrowienie i płaczę razem z Wanieczką i jego zbytnio (ale czy może być inaczej?) zatroskaną rosyjską matką, co się ze szklarni swej pracowniczej zerwała i na gigant do monastyru pojechała. Ten film zadaje kłam, że dobro jest niefotogeniczne, że nie pociąga, nie fascynuje. Sranie w banię! Często tfurcy różni i krytycy tłumaczą tak sukces książki, filmu o złu oraz wyjaśniają tak brak wybitnych dzieł o dobru i świętości. „Wyspa” jasno pokazuje, czemu tak się sprawy mają: żeby zrobić dzieło dobre o dobru, o modlitwie np., trzeba być człowiekiem dobrym, trzeba się modlić. Trzeba wierzyć, że zło nie jest abstrakcją, że jest grzechem, że jest szatan, który za tym złem stoi. Prostym i niezachwianym w tej wierze trzeba być. Wiem, ryzykowna teza i wątpliwej jakości. Będę wdzięczny za sprostowanie.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;PS. Rytuał! Ryt! Anatolij mimo swej kontestatorskiej postawy jednak wszystko, każde uzdrowienie puentuje liturgią, od niej ostatecznie uzależniając owocność swych modlitw. „Wyspa” to nie jest jakiś modny dziś bzdet o pozainstytucjonalnym zbawieniu i objawieniu wbrew urzędowi nauczycielskiemu, o umęczonych przez klechów świętych tureckich. To bardzo kościelny film. Uch, jaki kościelny!&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-8390467270644971419?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/8390467270644971419/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=8390467270644971419' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/8390467270644971419'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/8390467270644971419'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2008/04/seans-ostrov-re-pawe-ungin.html' title='Seans: Ostrov (reż. Paweł Łungin)'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-4778341956322632388</id><published>2008-04-09T10:16:00.003-05:00</published><updated>2008-04-09T10:24:15.523-05:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Mikolaj Lozinski'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Reisefieber'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Lektury'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Lozinski'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Mikołaj Łozinski'/><title type='text'>Lektury: Mikołaj Łoziński "Rajzecośtam"</title><content type='html'>&lt;p class="MsoNormal"&gt;Kolega dał niewielką Łozińskiego Mikołaja powieść. Przeczytałem w całości i szybko. Tytuł... jakieś rajzefiber czy coś. Nie wiem, co to znaczy i to jest generalny mankament książki tej największy. Po co się daje takie tytuły książkom? Żeby dziennikarze i uczestnicy wieczorków mieli o co pytać? „Tytuł Pańskiej ostatniej książki: rajzefiber. Wytłumaczmy sluchaczom / widzom / czytelnikom, co to słowo znaczy”. (Uwielbiam ten niezwykle oryginalny ton krytyków sztuki. Wytłumaczmy im. No, to tłumaczcie. Nam!) „Psze Pana, a co znaczy rajzefiber?” (Zadowolony? Ach, jaki mądrzejszy jesteś od nieszprechających.) Może jakby tytuł był w języku ludzkim, może to by coś zmieniło. Oczywiście, w mojej lekturze. A tak... Niech będzie o akcji przede wszystkim. Kto ma ucho, ten usłyszy, o co mnie się rozchodzi. Akcja taka:&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Paryż – miasto miłości. W Paryżu umiera samotnie kobieta. Inteligentna, kiedyś podobająca się mężczyznom, dzielna, samodzielna, wykorzystana okrutnie kiedyś i porzucona. Wzór, choć nie dla mnie. Na raka umiera. Próbuje popełnić samobójstwo przed śmiercią na raka, ale nie udaje się to (jej odwaga nie jest jednak bezgraniczna). Ważne, że samotnie umiera w szpitalu (samotnie, ale odwiedzana, np. przez żonę swego kochanka, wspomagana przez młodego lekarza, któremu ona z kolei pomaga w jego osobistej miłosnej aferze; zupełnie bezinteresownie pomaga mu). Jedyny syn mieszka za oceanem; raczej nie utrzymują kontaktów; łączy ich toksyczna, chora miłość. Kochanek (ma kochanka główna bohaterka! ta już umarła miała znaczy się kochanka, jak jeszcze żyła), naprawdę kochający swoją kochankę, ma żonę i ta kobieta, umierająca na raka główna bohaterka, nie pozwala mu odejść od tej żony, co jest oznaką jakiejś zupełnie niepojmowalnej szlachetności, bo sama chce być kochana i go kocha pewnie i w ogóle trudna sytuacja jej jest. Ale bardziej niż zakochana jest szlachetna. Siostra żyje w drugim kącie świata, prawie bez kontaktu są obie. Siostra przechowuje pamięć o samodzielnej, wolnej, nieulękłej siostrze swej świeżo zmarłej, co z podniesionym czołem przeciw złemu światu, samotna matka, stawała. Kobieta – główna bohaterka – więc żyje i umiera sama. No, jest jeszcze jej psychoterapeutka, niewidoma zresztą chyba; ale ona nie ujawnia indagującemu ją synowi zmarłej, nie ujawnia mu tajemnic duszy matki. Syn też żyje i umiera sam, ale na kartach powieści jeszcze nie umiera. Niby jest z piękną i młodą, a pewnie i inteligentną i nieubogą kobietą, ale w zasadzie oddalają się oni od siebie; śmierć matki wyciąga na wierzch, że w zasadzie od jakiegoś czasu są już (ten chłopak i jego kobieta) obok siebie. Więc on umiera w sensie: traci ciepło. Miłość, którą chłopak darzył swą matkę, jest zazdrosna, rozpamiętuje złe, kaleczy i podła jest to miłość; to miłość skupiona na ja-ja-ja-ja-ja! miłość bez kropli empatii. Zawszeć to jednak miłość.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;No więc przeczytałem. Na chuj mi ta książka była? – nie wiem. I bez niej wiem, że ludzie raczej się ranią niż kochają. I bez niej jasne było i jest dla mnie, że w życiu nie zawsze wychodzi tak, jak byśmy chcieli, że wiecznie dobra pragnąc, wiecznie zło czynimy, co naszą sferę i tak mniej diabelską czyni. Po co mi ta wiedza o miłości, która nie ocala? O szarym, plastikowym świecie po co mi wiedza ta?&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Mikołajowi Łozińskiemu życzę jak najlepiej na dalszej drodze twórczej, wielu sukcesów i nagród, uznania krytyków, wielu tłumaczeń na języki świata, rzeszy oddanych czytelników, z niecierpliwością czekających na kolejne, coraz lepsze książki, dyskutujących zapamiętale o życiu rozświetlonym przez karty zaczernione przez Mikołaja Łozińskiego. Mnie między nimi nie ma, ale szlachetnie i bez zawiści mu tego życzę. Ma chłopak słuch, ale pisze asekuracyjnie. Więc jeszcze rzucę życzenie ważne jedno: odwagi, Mikołaj! Pisz odważniej, zaufaj prostym słowom i przestań się pozować, że wiesz, że proste słowa są proste i że nie wypada; nie obudowuj niczym słów prostych. Prostota to nie prostactwo.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Panie Mikołaju Łoziński. Może jakieś cele terapeutyczne, może złe doświadczenia, może kiepska wyobraźnia twórcza i skłonność do depresji. Nie wiem. A może żart. Cokolwiek to jest, szczerze życzę, żeby Panu przeszło. Wie Pan co, najlepiej uczyć się pisać od poetów. Patrz Pan, jak poeta pisze o miłości synowskiej:&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal"&gt;Dariusz Suska "  &lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 6pt; line-height: normal;"&gt;&lt;b style=""&gt;&lt;span style="font-size: 12pt; font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;Jeżeli do ciebie wyruszę,&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 6pt; line-height: normal;"&gt;&lt;b style=""&gt;&lt;span style="font-size: 12pt; font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;czy poprowadzi mnie gwiazdka&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 6pt; line-height: normal;"&gt;&lt;b style=""&gt;&lt;span style="font-size: 12pt; font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 6pt; line-height: normal;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;Jeżeli do ciebie wyruszę, czy poprowadzi mnie gwiazdka,&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 6pt; line-height: normal;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;albo chociaż migacze uciekających opli, stąd,&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 6pt; line-height: normal;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;z tej łagodnej doliny, gdzie nie ma umierania.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 6pt; line-height: normal;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;Skąd miałeś wiedzieć, tato, że czarodziejskość istnieje?&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 6pt; line-height: normal;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 6pt; line-height: normal;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;Dwadzieścia godzin drogi od naszego mieszkania&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 6pt; line-height: normal;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;świeciło złote jezioro, srebrne jachty pływały,&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 6pt; line-height: normal;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;mówiło się językami ludzi i aniołów.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 6pt; line-height: normal;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;Nie to, co w Złotoryi pod strażą zmarłego wulkanu.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 6pt; line-height: normal;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 6pt; line-height: normal;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;Dla ciebie to było daleko i za grube granice,&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 6pt; line-height: normal;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;żebyś mógł je przejechać ot tak sobie, po nocy.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 6pt; line-height: normal;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;Ty miałeś inną drogę, w dół, kilometr pod ziemię,&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 6pt; line-height: normal;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;potem cztery piechotą, żeby dotrzeć do ściany.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 6pt; line-height: normal;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 6pt; line-height: normal;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;Mniej chorowania, tato, tutaj mniej chorowania&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 6pt; line-height: normal;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;i nie spadają kamienie, jak u nas na kopalni.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 6pt; line-height: normal;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;Nie musielibyśmy nocą ciągle wyglądać przez okno&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 6pt; line-height: normal;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;za ognikiem zapałki, za twoją złamaną ręką.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 6pt; line-height: normal;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 6pt; line-height: normal;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;Dobrze by było ci, tato, wśród czerwonych winogron,&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 6pt; line-height: normal;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;widziałem tutaj jeżyny wielkości prawie śliwek&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 6pt; line-height: normal;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;i przecież twoja łagodność pochodzi nie z tego świata,&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 6pt; line-height: normal;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;zielone oczy z doliny, gdzie nie ma umierania.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 6pt; line-height: normal;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 6pt; line-height: normal;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;Okulary (za dyszkę) niech leżą na lodówce,&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 6pt; line-height: normal;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;wędruj, tato, po krajach, które ci odebrano.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 6pt; line-height: normal;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;Twoje życie pod ziemią, twój marsz przez dolinę kości.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-size: 11pt; line-height: 115%; font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;;"&gt;Moje życie pod ziemią, mój marsz przez dolinę kości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[nie umiem tu dobrze sformatować tekstu; ale kto ciekaw, ten znajdzie formę właściwą]&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;p class="MsoNormal"&gt; &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-4778341956322632388?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/4778341956322632388/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=4778341956322632388' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/4778341956322632388'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/4778341956322632388'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2008/04/lektury-mikoaj-oziski-rajzecotam.html' title='Lektury: Mikołaj Łoziński &quot;Rajzecośtam&quot;'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-5516278167642713912</id><published>2008-01-17T13:01:00.000-06:00</published><updated>2008-01-17T13:04:37.011-06:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Lód'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Lektury'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Jacek Dukaj'/><title type='text'>Lektury: Jacek Dukaj "Lód"</title><content type='html'>&lt;p class="MsoNormal"&gt;Długom tu nie pisał. Dawnom tu nie bywał. Powód tego niżej rozpisuję. Dalekom podróżował. Daleko się podróżowało się.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Na Jacka Dukaja „Lód” czekałem długo. Anonsowany jako opowiadanie, co i rusz sygnalizowany przez wydawcę, który nie ustawał w zapewnieniach, że „wkrótce”, „no już powinno być lada dzień”, zdziwił mię był „Lód” i objętością, i nagłem a niespodziewanem zjawieniem się swojem, i jakiemś takiem cichem wejściem na księgarskie półki. Niby ukazał się na łamach „Nowej Fantastyki” jakiś fragment nieznany dotąd, ale żeby po tym fragmencie oczekiwać szybkiego objawienia się na rynku całości – nie przypuszczałem. Sądziłem, że to kolejna zapowiedź odwlekająca, kolejna ofiara spełniona przez dążącego do perfekcji auctora na ołtarzu rozgrzanym czytelniczemi, fanowskiem żądzami. Ale nie. Gdy więc Loyolny rzekł był na fforum, że ma w rękach, że czyta, pobiegłem do księgarza mego tradycyjnego i ja, i ujrzałem, i w drżące dłonie ująłem, do piersi przycisnąłem, i ucałowałem (zapłaciwszy uprzednio). Naprawdę. Ucałowałem. Aż się pani żona rozśmiała. Ależ się śmiała! A mnie już grzała chuć okrutna, silniejsza niż erotyczne żądze, chuć kogoś, kto pragnie oderwać się od tego co wokół i odlecieć chce w sfery, których ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani umysł ociężały przewidzieć, wyobrazić sobie nie był w stanie. Czyż nie tego się spodziewaliśmy? Czyż nie dlatego Dukaja na piedestale stawiamy i wychwalamy? Za nieokiełznaną imaginacyję. Za odwagę i pewność w światów osobliwych kreowaniu... Pieściłem ciężkie tomiszcze, bo nadzieję miałem, że moja wyobraźnia znów odleci. I zacząłem czytać...&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Nie było to tem, czegom oczekiwał. Nie lubię sybirskich ja klimatów. Do Rossyjan nienawiść wyssałem z pani matki mlikiem. Nie to jednak przeszkodą w lekturze było główną. Naczelny powód był: auctor kompletnie się w tej książce z czytelnikiem nie rachował. Jeśli pozwala w swej powieści mówić jakiej personie, to jej nie przeszkadza, aż się, niebożę, do woli wygada. A że to w wielkiej części pijaki są i kurwiarze – gadają, aż im język skołowacieje. Jeśli pozwala poglądy jakoweś zaprezentować kreaturze jakiej przez się stworzonej, to choćby i najgłupsze, najfantastyczniejsze (nomen omen) to były poglądy, choćby i najnędzniejsza była kreatura, która te poglądy głosi, cierpliwie ją auctor znosi, cierpliwie i nam znosić je każąc. A cierpliwy jest Dukaj dla person swoich, oj, cierpliwy i wielkiego miłosierdzia. I tak galerja postaci rośnie, rośnie, okrągleje. I coraz dłuższe djalogi i monologja postaci Dukajowych. A przytem coraz dłuższa, coraz bardziej zakręcona fraza Dukajowych bohaterów. Rokoko-baroko sączy się wieczór po wieczorze w dawce zabójczej dla tych zwłaszcza, co się wcześniej Dukajem nie podtruwali.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Czemu więc, ach czemu mimo to wytrwałem w lekturze? Wbrew sobie? O nie! Nie wbrew sobie! Lektura Dukaja wymaga lectora żądnego nie rozrywki, ale, jak jego bohaterowie, prawdy. Co za kalambur: w zmyśleniu prawdy szukać! Nie dość że w literaturze, to i w fanatstycznej skazce! Cóż, taki się jełop trafił w mej osobie, taki wytrwał do słów ostatnich, do „Ja”, co usta miłośnie zamyka. Cieszy się Pan Jacek? Ręce zaciera? Udało się?&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Taki to świat „Lodu”: polifoniczny, poważny, powolny – choć może lepiej powiedzieć: wystały. Jak porządna śliwowica. To sztuką jest – śliwowicę dobrą zrobić. Dziwny napój. Piekielnie mocny, ale z przedziwną łatwością (nieadekwatną do swej mocy) w gardła wchodzący. Niby człowiek wie, że za mocny, że nie powinien zdrowia nadszarpywać, ale prze przez flaszkę (zawsze zbyt wielką) smakiem unikalnym uwiedziony, smakiem czarującym, lekko przydymionym. Wystała jest proza Dukaja w roku 2007.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Czy to prawda o tej książce? Może to prawda się rysuje się raczej o lekturze mej? 0 czy 1? A może co pomiędzy? Jest-li co pomiędzy? Otóż nie ma. Bo albo przeczytałem absolutne arcydzieło, albo gniota absolutnego. A skoro taka tylko szansa na dzieła określenie, tedy widać określić się trzeba: taka sytuacja. Zamarznąć musi. Więc powiem: rzucił wam, panowie pisarzyny z tzw. mejnstrimu, rzucił wam w twarz średniowieczną cegłę Dukaj Jacek. Z pogardą. A wy, karki usztywnione awangardą kanoniczną mając, uchylić się nie zdążyliście. Nie żałuję was. Patrzę na wasze rozkrwawione „Lodem” gęby i już się cieszę, i jeszcze charkam wam w te rany. I co wy, robaczkowie, w pohańbieniu swem zrobicie? A nawet jakby w pustych łbach pomysł się jaki się wam zrodził i wiedzielibyście już, co z tem zrobić macie – co mnie to już teraz, po lekturze „Lodu”, obchodzi? Podtruwajcie się w swem getcie powietrzem wyplutem z przeżartej szkorbutem gardzieli kamienicy waszej literackiej. Zamarzła prawda o tem, co zrobić trzeba, by gigantem literatury polskiej zostać. W zasadzie prosta recepta. Wierzyć w siebie, nie w rynek, nie w czytelnika, nie w plan założony od góry. I w bohaterów swych wiarę zachować, kredyt im prolongować przez stron z górą tysiąc. Tylko kogo z was na odwagę taką stać?&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Chwała nam i naszym kolegom. Chwała Jackowi Dukajowi. Chuje precz!&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;[Purystom językowym zwracam łaskawie uwagie, że umiem poprawnie słowo „chuj” napisać.]&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-5516278167642713912?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/5516278167642713912/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=5516278167642713912' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/5516278167642713912'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/5516278167642713912'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2008/01/lektury-jacek-dukaj-ld.html' title='Lektury: Jacek Dukaj &quot;Lód&quot;'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-4260354520220839129</id><published>2007-12-10T12:16:00.000-06:00</published><updated>2007-12-12T05:23:44.021-06:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Dieter Bohlen'/><title type='text'>* (10 grudnia)</title><content type='html'>&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;Jest taka scena w &lt;i style=""&gt;Szóstym zmyśle&lt;/i&gt;: dzieci występują w szkolnym przedstawieniu, a widownia wypełniona jest po brzegi ich rodzicami. Większość rodziców patrzy jednak nie bezpośrednio na swoje dzieci, ale poprzez obiektywy kamer, na które nagrywają swe pociechy. Wstrząsająca scena. Stechnicyzowanie relacji rodzic – dziecko zostało tu przerysowane boleśnie. W ostatnim rzędzie siedzi tylko jeden człowiek, który patrzy na świat dzieci swoimi oczami. To bohater filmu. Ale on nie jest już z tego świata. Co więcej, on jest tu „zawodowo”; konkretnie – to psychoterapeuta, przyszedł uleczyć duszę dziecka. Może dlatego nie patrzy na nie przez obiektyw, ale bezpośrednio. On jest z dzieckiem teraz. Nie jest tu po to, żeby kręcić sobie wspomnienia. Nie będzie z nim później, przed telewizorem.  &lt;p class="MsoNormal"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Dziś patrzyłem na Olę (występująca przed nami w spektaklu) przez oko aparatu. Mam zdjęcia. Za późno zorientowałem się jednak, że w gruncie rzeczy tego, co najważniejsze, nie widziałem.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-4260354520220839129?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/4260354520220839129/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=4260354520220839129' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/4260354520220839129'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/4260354520220839129'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2007/12/10-grudnia.html' title='* (10 grudnia)'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-6262141952117873832</id><published>2007-12-08T04:15:00.000-06:00</published><updated>2007-12-08T08:21:42.873-06:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Lektury'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Benedykt XVI'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Spe salvi'/><title type='text'>Lektury: Benedykt XVI "Spe salvi"</title><content type='html'>Do kogo została skierowana ostatnia encyklika? "&lt;span style="color: rgb(102, 51, 0);"&gt; Do biskupów, prezbiterów i diakonów, do osób konsekrowanych i wszystkich wiernych świeckich". No tak, ale to adres zwykły, inaczej zacząć encykliki nie wypadało, taka tradycja. A musimy wiedzieć, kto tak naprawdę jest adresatem. W przeciwnym razie komunikat pozostanie nieczytelny.&lt;br /&gt;Jest w pierwszych paragrafach tego tekstu o nadziei adres bardziej szczegółowy. Papież wspomina o dwóch inskrypcjach nagrobnych z początków chrześcijaństwa. Pierwsza z nich to inskrypcja pogańska: &lt;/span&gt;&lt;i&gt; Ex nihil ab nihilo quam citorecidimus&lt;/i&gt;. Polscy tłumacze encykliki tak to nam wykładają: "Jakże szybko z niczego pogrążamy się  w nicość". (Wydaje mi się, że można było ładniej, że można było zachować rytm tej łacińskiej sentencji, oddać sens tej ważnej dla pogańskiej mentalności cząstki "re-" w "citorecidimus". Ale nie o tym chciałem). Ta łacińska fraza, subtelnie dźwięcząca echem filozofii stoickiej, z pewnością doskonale oddaje mentalność pogan (i to zapewne tych lepiej wykształconych, stanowiących cienką warstwę osób, dziś rzec można: kulturalnych we wszechogarniającej czerni pogańskiej Imperium Romanum) w czasach, gdy tętniła już pod ziemią (i to dosłownie "pod ziemią") nowa kultura, kultura wyznawców Jezusa Chrystusa. Pierwsi chrześcijanie zostawili po sobie inne znaki nagrobne, wchodzące w (nieświadomą zapewne) dyskusję z pesymistyczną filozofią pogańską wprost. I teraz dłuższy cytat ze &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Spe salvi&lt;/span&gt;: "Sarkofagi z początków chrześcijaństwa obrazują [...] pojmowanie nadziei, bowiem  w obliczu śmierci pytanie o sens życia jest nieuniknione. Postać Chrystusa  przedstawiają na antycznych sarkofagach przede wszystkim dwa obrazy: filozofa i  pasterza. Na ogół filozofia nie była wówczas rozumiana jako trudna dyscyplina  akademicka, jak przedstawia się ją dzisiaj. Filozof był raczej tym, który  potrafił nauczać podstawowej sztuki: sztuki bycia prawym człowiekiem, sztuki  życia i umierania. [...] Pod  koniec trzeciego wieku po raz pierwszy spotykamy w Rzymie, na sarkofagu pewnego  dziecka, w scenie wskrzeszenia Łazarza, postać Chrystusa jako prawdziwego  filozofa, który w jednej ręce trzyma Ewangelię a w drugiej kij wędrowca, typowy  dla filozofa. Za pomocą tej laski zwycięża śmierć; Ewangelia niesie w sobie  prawdę, jakiej wędrowni filozofowie daremnie szukali. W tym obrazie, który długo  powracał w sztuce sarkofagowej, jawi się to, co zarówno ludzie wykształceni, jak  i prości odnajdywali w Chrystusie: On mówi nam, kim w rzeczywistości jest  człowiek i co powinien czynić, aby prawdziwie być człowiekiem. Wskazuje nam  drogę, a tą drogą jest prawda. On sam jest jedną i drugą, a zatem jest także  życiem, którego wszyscy poszukujemy. On też wskazuje drogę poza granicę śmierci.  Tylko ten, kto to potrafi, jest prawdziwym nauczycielem życia ".&lt;br /&gt;Dwa sarkofagi. W jednym spoczywa człowiek szlachetny, lecz przechodzący z mroku w mrok, z rozpaczy życia w rozpacz śmierci. Choć jest to ktoś, kto zachowuje godność w obliczu rzeczywistości, w której nie odnajduje nadziei. I ten drugi, który odważył się na skok wiary. Skaczący przez mroczną przepaść śmierci w spodziewane światło.&lt;br /&gt;Do kogo mówi Benedykt? Do tych, co już za życia, zapobiegliwie, szykują sobie sarkofag, na którym zapisują frazę z &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Fausta&lt;/span&gt;: "Przeto istnienia ciężarem się brzydzę, do śmierci tęsknię, życia nienawidzę". Do tych, co bez nadziei żyją i umierają. Do uczestników kultury śmierci. Wiedzą oni, że przeznaczeniem uschłej duszy jest śmierć druga. Tworzą więc religię melancholii; to przecież jest dziś parareligią współczesności - celebracja melancholii, kapłani melancholii, społeczeństwo oddane zbiorowej melancholii. Osłabłe mięśnie nie mogą ich wznieść nad ciemną dolinę, którą trzeba przeskoczyć, by wylądować po jasnej stronie, w sferze życia.&lt;br /&gt;Trafny adres. Piękna konstrukcja retoryczna. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Benedictus fecit&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeszcze jedno. Wielce wymowny jest ten zwrot w encyklice ku kulturze, ku dziełom sztuki, które mówią coś o nas, o naszym świecie. Teologia bez kultury, bez sztuki - pozostaje martwym kanodziejstwem.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-6262141952117873832?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/6262141952117873832/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=6262141952117873832' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/6262141952117873832'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/6262141952117873832'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2007/12/lektury-benedykt-xvi-spe-salvi.html' title='Lektury: Benedykt XVI &quot;Spe salvi&quot;'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-8873765127482072831</id><published>2007-12-07T08:38:00.000-06:00</published><updated>2007-12-07T09:09:07.424-06:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='ks. Twardowski'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Wygnanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Lektury'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kamieńska'/><title type='text'>Lektury: Kamieńska "Wygnanie"</title><content type='html'>Ks. Jana Twardowskiego poznała Kamieńska za sprawą Józefa Czechowicza. Mąż poetki, Jan Śpiewak, pracował nad edycją utworów autora &lt;span style="font-style: italic;"&gt;nuty człowieczej&lt;/span&gt;. Gdy dowiedział się o tym ks. Twardowski, odwiedził dom Anny i Jana, pragnąc porozmawiać z kimś, kto, jak on, głęboko wszedł w wiersze lubelskiego poety. Znajomość nawiązała się więc niejako "dzięki" Janowi Śpiewakowi, "z jego powodu". Jednak więź zadzierzgnięta między ks. Janem a Anną Kamieńską przetrwała rok 1967, rok śmierci jej męża. Ks. Jan był w domu Kamieńskiej częstym gościem i powiernikiem tajemnic jej pisarstwa, jej lektur. Pewnie też jej sekretów osobistych. Zaowocowało to wierszami.  Kamieńskiej dedykował poeta wiersz &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Śpieszmy się&lt;/span&gt;, utwór, który stał się chyba jego najbardziej znanym tekstem. Twardowskiemu zadedykowała Kamieńska dziwny wiersz. Ten:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Janowi Twardowskiemu&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;Ptasi domek drewniany&lt;br /&gt;przylepiony do klasztornego muru&lt;br /&gt;z pożaru świata ocalały&lt;br /&gt;w zbroi kruchości archanielskiej&lt;br /&gt;przed domem modrzew czarne szyszki strąca&lt;br /&gt;w izbie powietrze pasieczne piec&lt;br /&gt;z kafli malowanych przez niegrzeczne dzieci&lt;br /&gt;z brzozowych dwóch gałązek krzyż&lt;br /&gt;kukułka wiejskiej plebanii&lt;br /&gt;Kapłan dziecięcy karmi z ręki wiersze&lt;br /&gt;co przylatują kiedy chcą jak szpaki&lt;br /&gt;on więcej wie&lt;br /&gt;że śmierć nas nie dotyka&lt;br /&gt;że uchodzimy jej z duszą i ciałem ze światła&lt;br /&gt;Szczęśliwy kto potrafi błądzić&lt;br /&gt;dzielny kto mylić się odważy&lt;br /&gt;jemu z troistych źródeł strumieni się miłość&lt;br /&gt;deszcz mży z obłoków i już w niebo wraca&lt;br /&gt;umarli stoją na straży nocy&lt;br /&gt;przez sen w ich dłoniach połyskują chleby&lt;br /&gt;poeci których odprowadzał aż do samej bramy&lt;br /&gt;wieczności&lt;br /&gt;jemu słowa strząsają do ucha&lt;br /&gt;Dana mu będzie radość&lt;br /&gt;cierpienia nowego&lt;br /&gt;i jeszcze oddech&lt;br /&gt;na westchnienie&lt;br /&gt;i ręka ku gładzeniu win&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdrowaś planeta&lt;br /&gt;bólu pełna&lt;br /&gt;sen z tobą&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiersz ten ukazał się w roku 1970 w tomiku &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Wygnanie&lt;/span&gt;. Znajdują się tu wiersze, które zamykają ważny okres w biografii poetki. Jest tu np. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Notatnik paryski&lt;/span&gt; - ostatni cykl, który poetka omawiała ze swoim mężem, który mu przed śmiercią czytała. To ważny czas. Nie mogę mówić o przełomie, o konwersji. Wolę mówić o powolnym dojrzewaniu, o wprowadzaniu w pole życia duchowego nowego horyzontu, horyzontu wiary. Jeśli to jest właściwa perspektywa w postrzeganiu tego tomu, to i wyjątkowy okazuje się ten wiersz. Piękny, wierny doświadczeniu Kamieńskiej, wyrastający z jej przemyśleń, z jej warsztatu poetyckiego, ale też wierny jakoś Twardowskiemu. Pełen jest ten wiersz współczucia dla adresata. Nie litości! - współ-czucia!!!&lt;br /&gt;Następny wiersz z tego tomu (&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Anioły&lt;/span&gt;) - i padają tam słowa:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[anioły] czasem udają księdza który w samotności płacze&lt;br /&gt;z czołem o stół opartym&lt;br /&gt;słowem poety niespodzianie krzykną&lt;br /&gt;głos ich wysoki z symfonii się przedrze&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie miała poetka odwagi (a może prościej: śmiałości) napisać tego w wierszu dedykowanym swemu przyjacielowi. Napisała to "wiersz dalej". Ciszej. Ale nie mniej wyraźnie słychać, co mówi. Ona tak potrafiła. Tomik kończy się przecież wyznaniem (jakże ważnym nawet dla odczytania nawet wierszy ostatnich poetki):&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I nie tam pewno gdzie pycha macza pióro w kałamarzu&lt;br /&gt;przychodzą słowa trwale spojone milczeniem.&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-8873765127482072831?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/8873765127482072831/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=8873765127482072831' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/8873765127482072831'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/8873765127482072831'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2007/12/lektury-kamieska-wygnanie.html' title='Lektury: Kamieńska &quot;Wygnanie&quot;'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1460402719853144536.post-4339572513281689425</id><published>2007-12-06T12:32:00.000-06:00</published><updated>2007-12-06T13:29:08.479-06:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Wielomski'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Lektury'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kontrrewolucja'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Dieter Bohlen'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Megas'/><title type='text'>Lektury: Wielomski "Kontrrewolucja..."</title><content type='html'>&lt;p class="MsoNormal"&gt;Adam Wielomski, &lt;i style=""&gt;Kontrrewolucja, której nie było&lt;/i&gt;, Wydawnictwo Megas, Warszawa 2007.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Książkę Wielomskiego kupiłem już po wyborach parlamentarnych. Wiedziałem już więc to, czego Autor nie wiedział. W każdym razie – wiedziałem na pewno to, czego Wielomski ze stuprocentową pewnością nie mógł wiedzieć, gdy książkę do druku składał. Dlatego analizy rządów PiS-u, charakterystyka PO i całej sceny politycznej w IV RP czytałem z należnym (mam nadzieję) dystansem. Kilka myśli tu daję, raczej na kanwie tej lektury niż na temat, choć jest to lektura jeszcze niedokończona.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;1. Wielomski swoje analizy buduje w określonym kontekście. Przede wszystkim patrzy on na PiS i resztę polskiej sceny politycznej oczami historyka idei, osoby o zdecydowanych antydemokratycznych, konserwatywnych, narodowych i liberalnych poglądach. (Żaden z tych przymiotników nie może być brany w cudzysłów). W tym, co się dzieje w Polsce, widzi elementy większej układanki, gry na większą skalę, której stawką jest pogrzebanie pozostałości społeczeństwa tradycyjnego, zwieńczenie rewolucji. Być może dlatego nie uświadamia sobie wystarczająco ostro polskiej specyfiki tego, co analizuje. Albo: niezbyt jasno tę specyfikę wykłada w &lt;i style=""&gt;Kontrrewolucji&lt;/i&gt;. Np. snując rzecz o PiS-ie, zauważa, że jest to partia ideowo jałowa, która do przodu prze siłą podmuchów kierowanych w żagle antykomunizmu. Moim zdaniem – akcent na antykomunizm jest słuszny, bo zabagnienie aparatu państwowego jest spowodowane uwikłaniem go w postkomunistyczny układ. Diagnoza Zybertowicza jest trafna. Trudno mieć pretensję do PiS-u, że nie jest partią monarchistyczną ani nieskorą do powtarzania eksperymentów podatkowych rodem z państw postkomunistycznych (kwestia liniowego). Nie można na wszystko patrzeć przez pryzmat upadku monarchii francuskiej i degeneracji katolickiego episkopalizmu monarchicznego. Gdzieś się w tym spojrzeniu traci kontakt z rzeczywistością.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Wiele się od Wielomskiego nauczyłem (uczę), ale ten mankament jego rozważań boli mnie i każe się wypowiedzieć krytycznie.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;2. Można się ładnie przygotować do dyskusji, wyuczyć tropów retorycznych, argumentów, przewidzieć riposty przeciwnika i opanować arsenał środków zbijających wraże racje. Ale najfajniejsze w dyskusji są te momenty, gdy się dyskutant zapamięta i w ferworze ostrej wymiany ciosów odsłania miękkie podbrzusze. Jak w tym fragmencie o karze śmierci:&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;„Gdy Jezus rozmawia z Piłatem dobrze wie, że może zostać skazany na śmierć, choć jest niewinny. Czy w jakikolwiek sposób zaprzecza tej kompetencji Piłata? Nie, wręcz przeciwnie, przyznaje, że Piłat całą władzę otrzymał od Boga. Czy wisząc na krzyżu i mogąc uwolnić i Siebie i jednego ze złoczyńców, który wyraził skruchę, Jezus uczynił to? Nie, gdyż uznawał prawo państwa do wydania i wykonania kary śmierci” (s. 151).&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;I tak dalej w stylu dojrzałego Korwina.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Pamiętam, gdy po raz pierwszy usłyszałem tę zinstrumentalizowaną (na potrzeby ideologicznej walki) teologię krzyża. Z ust samego Korwina, który zwizytował był moją uczelnię i hojnie raczył wtedy swoimi koncepcjami tych, co słuchać chcieli. Studenci dali mu na pamiątkę opaskę. Pamiętacie taką modę: włóczkowe opaski na uszy, które w najtęższe mrozy nosiło się dumnie zamiast czapek? Tak, to były te czasy, gdy moje Modern Talking święciło swoje największe tryumfy. No więc Korwin nie tylko opaskę (mściwieniebieską) przyjął, ale i od razu założył. I w tej opasce poszedł z organizatorami dyskusji na obiad do studenckiej stołówki. Zglądali się wszyscy. Co za widok! Dzisiaj tę opaskę przyznałbym Adamowi Wielomskiemu. Za myśl, której głębią postraszyłem powyżej.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;3. Przenikliwie charakteryzuje Wielomski polskie siły polityczne i dostaje się wszystkim. Zwłaszcza tym z prawej strony: PiS-owi, ROP-owi, PC, AWS-owi. Słusznie. Dlaczego (a może nie doczytałem na razie) nie dostaje się LPR-owi? Dlaczego traktowana jest Liga inaczej? Czy była w Polsce w ostatnich dwóch latach większa klęska dla polskiej prawicy niż ta, którą zgotował jej Roman Giertych, ośmieszający wielką tradycję Dmowskiego skutecznie i chyba na wiele lat? Temu gnojowi należą się kopy przede wszystkim. To on ośmiesza prawicę. Wszystkie przewiny Kaczorów są o niebo mniej istotne. (Ale może Autor wziął się za to dalej – może dojdę do tego).&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;4. Cytat, który lubię. Dobry styl, trafne ujęcie: „Lepper to nomad, który rozpala ognisko w sali balowej zrujnowanego pałacu naszej cywilizacji, aby upiec tu rybę, zjeść ją razem z ośćmi i położyć się spać na słomie w sali obok”. Bajdełej: czy autorzy tzw. prawej strony (i tzw. wydawnictwa prawicowe) mogliby zadbać o poprawność językową swoich publikacji? Książki wydawane przez Megas, seria Wektory – to po prostu odrzuca. Niechlujne są te publikacje przeraźliwie. Chodzi mi przede wszystkim o niechlujność redakcji. Ludzie, weźcie się do roboty. Na dobrej, rzetelnej robocie u podstaw pojedziecie dalej.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;No więc tak. Nędza z książką Wielomskiego największa: jak to się szybko, cholera, starzeje. Jak szybko starzeją się takie doraźne analizy.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Wolę sferę dzieł wiecznych. Ale za książkę dziękuję Autorowi i lekturę kontynuuję.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1460402719853144536-4339572513281689425?l=funkydieter.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funkydieter.blogspot.com/feeds/4339572513281689425/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=1460402719853144536&amp;postID=4339572513281689425' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/4339572513281689425'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1460402719853144536/posts/default/4339572513281689425'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funkydieter.blogspot.com/2007/12/lektury-wielomski-kontrrewolucja.html' title='Lektury: Wielomski &quot;Kontrrewolucja...&quot;'/><author><name>Dieter Bohlen</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12349487389858128366</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='27' height='32' src='http://bp3.blogger.com/_r9AcAOhuqCY/R1gK7iwPJ1I/AAAAAAAAAAg/qth6A3qhCHk/S220/diter.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry></feed>
