Od roku nie oglądam telewizji, od jakiegoś miesiąca, dwóch nie wchodzę też na portale informacyjne. Dlatego ominęła mnie czwartoczerwcowa sraczka medialna. Nie hajowałem się dyskusjami, celebracjami, transmisjami, debatami czy czym tam jeszcze. Jednak deczko o tym pomyślałem.
W 1989 miałem 16 lat. Tak naprawdę dopiero zaczynałem się rozglądać w świecie. Wystarczająco uważnie, żeby zapamiętać to i owo. Wystarczająco dokładnie, żeby spróbować odpowiedzieć na pytanie, czemu to nie jest moje święto. Zdecydowałem się podać dwa przykłady, bo mi się pisać dłużej nie chce. Wszystkie jednak, które mógłbym podać, byłyby tej natury.
1. Ojciec
Pamiętam wieczór 4 czerwca. Do zamknięcia lokali wyborczych została jakaś godzina, a Ojciec z uporem maniaka powtarzał, że na żadne wybory nie pójdzie. „Nie rozumiesz” – mówił mi – „to nic nie zmieni. Nic się nie zmieni”. Gorąco zachęcałem go do wyjścia z domu i nie mogłem pojąć, jak można uważać, że nic się nie zmieni. Jasne, że się zmieni. Ostatecznie Ojciec zagłosował. Pracowicie skreślił wszystkich z listy krajowej i jakieś piętnaście minut przed dwudziestą wyszliśmy razem na drogę do domu. Zazdrościłem mu wtedy. Dzisiaj rozumiem, że obaj nie mieliśmy racji. Ojciec – bo jednak coś się zmieniło. Ja – ponieważ nie zmieniło się tak, jak chcieliśmy. I nie chodzi mi tu o jakieś wielkie sprawy. Jakiś rok później pod wpływem tzw. transformacji Ojciec stracił pracę. Dotąd był urzędnikiem, pracownikiem zaopatrzenia. Od (nie pamiętam dokładnie) ’90 czy ’91 wykonywał już tylko dorywczo różne prace fizyczne. Nosił belki z materiałem w magazynie, robił makaron, musztardę i keczup, cieciował... I tak nie wylądował najgorzej. Wiele osób z jego pokolenia straciło pracę i do dziś nie uzyskało żadnego zatrudnienia. Musieli się nauczyć przeżyć za 100 zł miesięcznie. I to jest pierwszy powód, dla którego 1 czerwca to nie jest moje święto: praktycznie całe pokolenie w wielu miejscach w Polsce wpadło w czarną dziurę. To nie są koszty transformacji. To są ludzie i ich historia.
2. Nieznajomy
Pamiętam letni wieczór w roku ’87 albo ’86 w Suchej Strudze, niedaleko Piwnicznej. Poszliśmy grupą do źródeł wody mineralnej. Spotkaliśmy tam faceta, który łapał tę wodę w plastikowe butelki i woził na sprzedaż do Krynicy albo do Starego Sącza (nie pamiętam już). Pewna dziewczyna zaczęła z nim gadać i tak od słowa do słowa facet dowiedział się, że dziewczyna pochodzi z Gdańska. Zapytał, czy zna pana Wałęsę. Znała, w pewnym przynajmniej sensie. Mieszkała na tym samym osiedlu, blok dalej. Ze swojego okna widziała klatkę schodową Wałęsy, a pod nią wiecznie warujących tajniaków. Facet słuchał o tych prostych sprawach jak zaczarowany. Kazał sobie opowiadać, jak wygląda pana Wałęsa. Traktował dziewczynę jak relikwię drugiego stopnia. A później poprosił ją, żeby zrobiła mu zdjęcie (dziewczyna miała aparat). Facet wyjął z plecaka spodnie i flanelową koszulę, zmienił swoje robocze ubranie (szorty i koszulka na ramiączka) na to lepsze, ustawił się godnie, uśmiechnął... Pstryk. Jeszcze raz psrtyk. Poprosił, żeby dziewczyna wywołała to zdjęcie i dała panu Wałęsie, jak go spotka. Żeby powiedziała, że to od Stanisława jakiegośtam z Krynicy czy ze Starego Sącza. Że Stanisław jakiśtam pana Wałęsę podziwia i pozdrawia, i modli się za niego. A to jest powód, dla którego już nawet nie tyle nie celebruję 4 czerwca, co po prostu nienawidzę tego dnia.
Przeglądałem niedawno gazety z Dwudziestolecia. Trudny czas po odzyskaniu niepodległości: hiperinflacja i bezrobocie, a do tego kompletna utrata zaufania do klasy politycznej, nieudolnej i uwikłanej w bezpłodne spory, dalekiej od problemów zwykłych ludzi. A mimo to powszechne było zadowolenie z odzyskanej wolności, z kart tych gazet przebija duma, że żyli w Polsce, a nie w sowieckiej respublice czy niemieckim protektoracie. Dlaczego oni potrafili się cieszyć, a ja nie? Dlaczego oni potrafili oderwać się od perspektywy wysadzonych z siodła i oszukanych, dlaczego potrafili dostrzec to, co dobre? Dlaczego ja nie potrafię? No, tego to ja nie wiem. To jest dla mnie, proszę ja Was, prawdziwa Tajemnica.
22-06-2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

1 komentarze:
Myślę, że wiesz, dlaczego :-)
Dla mnie ciekawe było skonfrontowanie tych odczuć z tym, co znalazłem w książce Grzymały Siedleckiego "Cud Wisły" o wydarzeniach 1920 roku. Nawet jeśli wziąć pod uwagę, że jest tam sporo propagandy, a nawet doza przesady (wystarczy dla równowagi poczytać Rembeka), to uderza właśnie ta radość. Sądzę, że jest to radość odzyskanej ciągłości historycznej. Nie bez kozery są tam nawiązania do Sienkiewicza. Wojna z bolszewikami, to wojna Rzeczpospolitej z wrogiem z zewnątrz. Wojna podobna do tej, jaką toczyli nasi ojcowie i praktycznie na tych samych terenach. Po 89 nawet granice nie są choć odrobinę zbliżone. Spora część naszego terytorium została poza naszym państwem. Terytorium, o które toczyliśmy bitwy większe lub mniejsze, dwa ważne dla naszej kultury miasta, groby i domy dziadów i pradziadów. Słowem zerwana ciągłość. Pisał o tym zresztą też Legutko.
Prześlij komentarz